Loading...

Follow Ewcyna | Solo Female Bike Travel blog on Feedspot

Continue with Google
Continue with Facebook
or

Valid

Dzień, w którym odpadłam od góry zaczął się pięknie, no i .. na szczęście skończył też.

Oman to najbardziej strome podjazdy na świecie, każdy cyklista to powtarza i w sieci opisuje. Że nawet bez bagażu i na lekko jest trudno nawet pchać rower, co tam pedałami kręcić. Ze szutr i kamienie i w ogóle.

Odłóżmy na bok stereotypy. Obszar Zatoki Perskiej to nie tylko piach –  teren Sułtanatu Omanu to też góry, i to jakie! Pasmo Al Hajar zajmuje całą północ kraju, najwyższy szczyt Jabal Shams ma ponad 3000 metrów. Wiedziałam o tym wszystkim, wiedziałam, że mój rower jest ciężki, no, ale ciągnęło mnie w ten górzysty interior. Wybrałam teoretycznie najlżejszy wariant, jedynie kilkanaście kilometrów szutru. Przecież do zrobienia, prawda? I zaczęłam pchać. A potem ciągnąć. Z każdym metrem było gorzej, za każdym zakrętem stromiej, ściana niemal pionowa. Zapieram się, pchać nie mogę, utrzymać nie mogę, ale ciągnę, może dam radę, co tam, ile jeszcze, ręce drżą, każdy mięsień drży, w głowie się kołuje, serce wali, zamiast do góry nogi obsuwają się, rower zjeżdża a ja z nim. Jedyny towarzysz niedoli, jedyna żywa dusza w okolicy, obserwujący od pewnego czasu moje zmagania młody Hindus, kierowca spycharki poszerzającej drogę powiedział, że jeszcze 2 km w górę a potem zjazd. A ja zrobiłam 5 km w 3 godziny. Pcham, ciągnę, niedobrze mi, mroczki przed oczami, muszę wrócić chyba i zaraz się rozryczę. Usiadłam na drodze z poczuciem totalnej klęski, poleciały łzy. Powiadają, że bariery mamy w głowie, a ja będę polemizować, że w ciele też. Kawałek, jaki został pod górę pokonałam z miejscowymi farmerami w ich pickupie. Prawem Murphego do szczytu było zaledwie kilkaset metrów, a nie kilka kilometrów. Atrakcje po drugiej stronie przełęczy pozwoliły mi choć trochę przełknąć porażkę.

 

Ale to było potem, zacznijmy od początku.

Formalności na granicy ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi w Hatta nie trwają długo – wiza w paszporcie, 50 dolarów w kieszeni mniej, stempelek, uśmiech pogranicznika i można jechać. Pomachiwania z przejeżdżających samochodów i ciężarówek i od razu człowiek jakoś pozytywnie nastawiony. Obawa przed nieznanym, jeśli jakiś się tliła, znika.

Zwłaszcza, że pierwszy nocleg, albo i kilka mam zapewniony u gospodarza z Warmshowers, Hameda w nadmorskim mieście Shinas, leżącym zaledwie dwadzieścia kilometrów od granicy. Możliwość noclegu w omańskim domu tym bardziej mnie to cieszy i dziwi, bo wiem, że kobietom bez męskiego towarzystwa raczej trudno byłoby znaleźć gościnę, bo to kraj tradycyjnie muzułmańskim. Przekonuję się niejedokrotnie, ze cudzoziemki mają w tej kwestii pewną taryfę ulgową.

Hamed jest nie lada osobowością wśród tutejszych cyklistów – to pierwszy lokalny podróżnik rowerowy, co więcej – w podróżach ostatnio towarzyszy mu żona i nawet film o tym kręcą. To jeszcze większy ewenement – tu kobiety nie jeżdżą na rowerach. Bo nie ma takiego zwyczaju, bądź jest to zabronione i źle postrzegane.

Choć rozmawiałam z nim właśnie przez telefon okazuje się, że Hamed jest w odległej o kilkaset stolicy kraju, Maskacie. Ale nic się nie martw, przyjedzie po Ciebie brat z mamą! Mówi. Faktycznie, niedługo podjeżdża Khalid, z przedniego siedzenia samochodu spogląda na mnie spowita w czarną abaję kobieca postać. Twarz zakryta burką, jedynie ciemne oczy przyglądają mi się z ciekawością. W domu pełno, bo właśnie zaczyna się długi weekend i jest rodzeństwo Hameda – są studiujące w Maskacie siostry, są dwaj bracia, żona i dzieci jednego z nich. Niemal wszyscy mówią świetnie po angielsku, a studiująca medycynę Hajar, była nawet na praktykach w Polsce!

– Kiedy? Pytam

– W czerwcu odpowiada. Bardzo było zimno!

No tak, tutaj w czerwcu jest już dobrze ponad 40 stopni, nasze 20 z hakiem to dla miejscowych Syberia.

Choć od dłuższego czasu przebywam już w krajach muzułmańskich w Azji Centralnej to „stany” czyli Uzbekistan, Kazachstan czy Kirgistan trudno porównać do bardzo tradycyjnego w aspekcie traktowania religii Bliskiego Wschodu. Obserwuję otoczenie i zwyczaje w domu Hameda i zasypuję ich pytaniami – szczególnie dotyczącymi świata kobiet. Od jakiego wieku dziewczyny przykrywają włosy hedżabem? Czy kolor abayi od czegoś zależy, bo widzę kwieciste i jednolicie czarne? Morze tak blisko, czy chodzicie się kąpać? Czasem.. słyszę odpowiedź i już wiem, że to głupie pytanie. Kobiety się nie kąpią, mężczyzn w sumie potem te nie widywałam. Kobiety muszą zakrywać włosy wychodząc poza dom oraz przebywając w towarzystwie obcych mężczyzn – za takich uważa się wszystkich oprócz ojca, braci i męża. Czyli niemal zawsze.

Dziewczyny wyciągają mnie na spacer po wiosce. Dojrzałe kobiety, mężatki, szczególnie poza miastami zgodnie z tradycją noszą na twarzach maski czyli burki przykrywające dolną część twarzy. Zrobione ze skóry lub metalu, kiedyś miały za zadanie służyć jako ochrona przed pyłem, traktowane są także jako ozdoba i są symbolem wkroczenia w dojrzały wiek.

Pamiętaj Ewa, kobietom nie wolno robić zdjęć! Należy jest spytać o pozwolenie, ale raczej i tak najczęściej się nie zgodzą, ja w ramach wyjątku dostaję pozwolenie. Podobne zwyczaje panują na południu Iranu i na wyspie Qeshm.  Podziwiam ich stroje – kwieciste, zwiewne i kobiece, choć zakładane „na miasto” abaje najczęściej mają kolor czarny. Mężczyźni wyglądają elegancko w nieskazitelnie białych powłóczystych szatach zwanych dishdasha, których mają bez liku  oraz toczkowatych nakryciach głowy zwanych kummah. Poza tym uwielbiają perfumy.

Idziemy do meczetu mówi męska część rodziny, gdy o zachodzie słońca brzmi śpiew muezzina. Kobiety zostają w domu. Śpiew nawołującego do modlitwy muezzina będzie mi towarzyszył przez następne miesiące. Pięć razy dziennie, z zegarkiem w ręku odmierza mój dzień.

Hamed po pokazaniu okolicy dowiózł mnie do domu, ale wciąż siedzieliśmy w samochodzie. Nie wiem dlaczego zaczął tą rozmowę, nie zadawałam żadnych pytań. Myślę, ze wiedział, że jest to temat szczególnie intersujący ludzi pochodzących z innych kultur.

– Nigdy przenigdy nie dotknąłem innej kobiety przed moją żoną. Kocham ją i jestem z nią szczęśliwy. Opowiem Ci, jak się poznaliśmy. I zaczął opowiadać.

Większość zawieranych w Omanie małżeństw jest aranżowanych. Gdy poczułem, ze chcę się ożenić i uzbierałem odpowiednią ilość pieniędzy – oba te czynniki musza wystąpić jednoczenie, bo za żonę w Omanie trzeba zapłacić rodzinie, a dobra zona tutaj kosztuje około 8000 riali (czyli jakieś osiemdziesiąt tysięcy złotych), powiedziałem  o tym mamie. Mamy taką swatkę tutaj, mama do niej zadzwoniła. Swatka zna tutejsze dziewczyny na wydaniu. Najpierw szuka odpowiedniej kandydatki dla mężczyzny, gdy już takową znajdzie aranżujemy spotkanie obu rodzin. Krótkie, kurtuazyjne, może z pół godziny, zobaczyć się jedynie, obejrzeć nawzajem, zamienić kilka słow. W międzyczasie moja rodzina robi rozeznanie i sprawdza, jaką dziewczyna ma opinię, czy pochodzi z odpowiedniej rodziny. Nie może pochodzić chociażby z Beludżów.

– Beludżowie! Czy ty wiesz kto to są Beludżowie?

– pochodzą z Iranu ..? odpowiedziałam bo coś mi tam gdzieś w głowie świtało

– Tak, z Iranu. Ależ to byłby wstyd takie małżeństwo z Beludżem! Duży wstyd! Hamedowi aż twarz się wykrzywiła z oburzenia. No, ale gdy się sobie spodobamy idziemy krok dalej i organizujemy zaręczyny. Po zaręczynach dopiero można się spotkać, porozmawiać, ale tez nie za długo i jedynie w czyimś towarzystwie. Po ślubie zabieram żonę do swojego domu i dopiero wtedy możemy być ze sobą. 

Spojrzałam na mamę, drobną kobietę w kwiecistej abaji, która właśnie podeszła do samochodu. Ręką poprawiła hedżab a jej wzrok na dłuższą chwilę zatrzymał się na nas. Hamed szybko otworzył drzwi, by wyjść z samochodu. Nie powinien tak w nim siedzieć sam na sam z obcą kobietą.

– Mama wyszła za mąż jak miała 12 lat. Dziś ma 46. Przy popołudniowej herbacie Hamed kontynuował opowieść.  Jest nas ośmioro, najmłodsza siostra ma 11 lat, ja jestem najstarszy, mam 32 lata. Omańczycy lubią dzieci, dodał śmiejąc się.

Z głową pełną pytań, po trzech nocach u Hameda czas było wsiąść na rower.

Droga do Maskat

Wąska nadmorska droga wzdłuż wybrzeża Morza Arabskiego to marzenie cyklisty. Piękny turkusowy kolor wody cieszy oczy, ale nie widzę, aby ktokolwiek się kąpał. Fakt, woda jest jednak dość zimna, bardziej jednak to kwestia miejscowych zwyczajów.

Read Full Article
  • Show original
  • .
  • Share
  • .
  • Favorite
  • .
  • Email
  • .
  • Add Tags 

Nie jestem już w stanie określić, czy urwanie się haka od sakwy zaraz po przybyciu do Turcji było początkiem serii wypadków prowadzącej od obecnej stabilizacji, czy zaczęło się to dużo wcześniej.

Hak się w końcu urwał, a w zasadzie złamała podkładka pod nim, bo to tymczasowa podróbka była i miała do tego prawo tak jak ma prawo każda prowizorka, która trwa jakiś czas – dużo dłużej niż byśmy zakładali, ale czas jej się jednak kiedyś kończy. Jak może pamiętacie sakwy (rower i ja też) oberwały podczas wypadku w Uzbekistanie, czyli kilkanaście miesięcy temu i wtedy były naprawiane (ja na szczęście nie byłam). W Polsce nie udało mi się kupić zapasowych, więc ryzykując że całość się urwie, bo już byłą nadwyrężona mocno, wyjechałam z kraju. Kto ryzykuje raz zyskuje raz traci, w tym przypadku było podobnie, nie wiem tylko w in plus czy in minus.

Będąc jeszcze na Cyprze zastanawiałam się co mam teraz zrobić – jechać do Alanyi rowerem czy wziąć autobus i nie tracić czasu, bo mam zaplanowaną robotę? W okolicach Alanyi, centrum masowej turystyki w Turcji czekał na mnie lokalny znajomy i ugadane z nim do wynajęcia lokum. No bo przyjechałam do Turcji przezimować i zająć się kilkoma rzeczami stacjonarnie i raczej namiot jako dom na dłuzszą metę się nie sprawdzi. Polska odpadła, bo nic mnie tak do rozpaczy i deprechy nie doprowadza jak szarobure dni w jakie obfituje aura Europy Środkowej o tej porze roku a co za tym idzie niemożność jeżdżenia rowerem, który jest dla mnie odstresowywaczem i pocieszaczem, dobrze robi na mózg, talię i wzmaga grubość ud (to ostatnie jest akurat mało pożądane). To pierwsze i drugie jednakże polecam każdemu szczególnie.

Zatem jak już wiecie jak to było i po co kupiłam ten bilet w jedną stronę ponownie to wrócę do tej podkładki do haka w sakwie. Otóż urwała się mi on w kluczowym momencie, kiedy już po dwóch tygodniach na Cyprze i przespanej nocy na promie dotarłam ponownie po kilku miesiącach na turecką ziemię, pobrałam pieniążki z bankomatu i skłaniałam się do tego, by jednak dotrzeć do Alanyi. To ponad 300 km po dość potężnych nadmorskich serpentynach, rowerem, co przy wielkości mojego rowerowego ekwpipunku, uksztaltowaniu terenu i wiatrowi w twarz daje jakieś 5 dni w drodze na pewno, ale jak mniemam dostarcza doznań wszelakich, widokowych głównie. I jak popatrzyłam na tą zwisającą sakwę to od razu wiedziałam, ze tej wersji wydarzeń przynajmniej teraz, już dziękujemy.

Przeczekując zatem pod drzewem następne opady deszczu, bo jest go tu teraz pod dostatkiem, zauważyłam biuro sprzedające bilety na autobusy. To jest znak! Wezmę jednak autobus. W biurze poinformowano mnie, ze autobus w stronę Alanyi właśnie odjechał, a następny będzie za 2 godziny. Przemieściłam się zatem do kafejki w poszukiwaniu internetu, zawiadomiając mojego przyszłego wynamującego o nieoczekiwanym przyspieszeniu przyjazdu po czym udałam się na autobus. Który przyjechał zapełniony po brzegi, bo to okres noworoczny i mnie nie zabrał. Kierowca następnego był skłonny zabrać mój rower za równowartość 50 zlotych polskich bez możliwości negocjacji ceny, zatem pożyczyłam mu pod nosem, żeby się wypchał a nie naciągał turystów i zostałam na ulicy. Nie no ludzie, zapłacę przecież, wiem, ze to idzie do kieszeni kierowcy i coś tam dać trzeba, ale ze 20 PLN max, nie tyle! Tutejsi pól chałupy przewożą tymi autobusami bez opłaty.

W międzyczasie spotkałam cyklistę z Turcji, który udawał się w odwrotną stronę czyli na Cypr. Popiliśmy herbatki i pogawędziliśmy. O tam spałem, w domu nauczyciela! Powiedział wskazując na ładny, nowy budynek hotelowy na brzegu morza. Jak się przyjedzie wcześniej, to mają najtańsze pokoje, nawet za 35 lir (25zl). Podziałało to na moją wyobraźnię. Ponieważ lało, byłam zmęczona, na Cyprze wymarzłam się w namiocie bo ceny nie na moją kieszeń i nie chciało mi się pakować w autobus nocny uznałam, że Dom Nauczyciela a szczególnie ciepły prysznic, ciepły nawiew i spanie w łóżku dobrze mi zrobi. Przyjechałam, obejrzałam, pokój w standardzie hotelu 3* kosztuje 10 USD, brać! (Szczerze mówiąc już latem wiedziałam, że najtańsze zakwaterowanie w Turcji oferują Domy nauczyciela , ale latem we wszystkich, do których zajechałam był komplet).

Tasucu ogretmenevi

Gdy poranek dnia następnego zalany był strugami deszczu nie miałam ochoty się ruszyć po to, by ponownie stać na poboczu drogi i dyskutować z kierowcami autobusów, dzień w tą, dzień w tą.. zostanę jeszcze… Mój niedoszły wynajmujący powiedział, że no problem, po czym minutę później zmienił zdanie i wycofał swoją propozycję, ze już mi tego lokum w Alanyi już nie wynajmie no bo ciągle zmieniam zdanie. W sumie to go nawet rozumiem, choć to miejsce u niego stoi puste.

Trochę rozczarowana, trochę jednak zadowolona bo lubię mieć wolność w dokonywaniu wyboru, co jak widać skutkuje w nieoczekiwanych zmianach, przedłużyłam pobyt w domu nauczyciela już trzykrotnie i od dwóch niemal tygodni pomieszkuję w małej nadmorskiej mieścinie portowej Tasucu, którą ma tą zaletę, że jest mała, ale życie w niej nie zamarło bo przypływają i odpływają te promy na Cypr a pomimo kilku hoteli nie jest to hotelowe blokowisko. Mam swoją lokantę, czyli garkuchnię, gdzie codziennie jadam, gdy trafi się ładny dzień nagniatam dla równowagi psychicznej i rozciągnięcia mięśni po okolicznych wzniesieniach. Ceny w Turcji, na co zresztą liczyłam są bardzo przyjazne dla kieszeni i choć przekraczam założony budżet to pewnie tak miało być i nie będę się z tym szarpać więcej.

Read Full Article
  • Show original
  • .
  • Share
  • .
  • Favorite
  • .
  • Email
  • .
  • Add Tags 

Jak może zauważyliście nie jestem fanką zimy i chłodów, ale czasem przychodzi mi się z nią zmierzyć – czy to w podróży, czy chociażby teraz .. cóż wtedy robić? Zostawić rower w garażu/na balkonie, czy może ubrać się odpowiednio i popedałować? Kto za – kto przeciw?

Wyznaje zasadę, ze (niemal) każdy dzień jest dobry na rower, trzeba się jedynie odpowiednio ubrać. W kwestii ubrań, jakich używam w podróży od dłuższego czasu stosuję zasadę – kupuj raz, a dobrze. A zima to taki okres, kiedy jakość ubrań i ich właściwości ma bardzo duże znaczenie. Dodam, ze w kwestii ciuchów letnich jestem mniej, bądź może inaczej wybredna – latem w gorącym klimacie toleruję jedynie cieniutką bawełnę, a że w większości sklepów mogę znaleźć z reguły bawełniane pancerze, zatem najczęściej idę buszować po ciuchlandach (niezwykle brakowało mi ich w Chinach i krajach muzułmańskich – bo ich tam zwyczajnie nie ma).

Można powiedzieć, że ciuchy letnie to głównie ”second handy”, ciuchy jesienno – zimowe to już wyższa półka. Jak wygląda zatem moja garderoba zimowa?

WARSTWA SPODNIA

Kwestię bielizny pozostawię każdemu do wyboru wg. uznania. Osobiście używam i przerobiłam wiele biustonoszy sportowych i par majtek, raczej takich „no name”, byle były wygodne a materiał oddychający (chętnie bawełna). Co poza tym?

Bluzka z długim rękawem/bielizna termiczna firmy Under Armour. Przylegająca do ciała, ze stójką zasuwaną na suwaczek, świetnie odprowadzająca ciepło i pot. A do tego ładna, kobieca, ma nawet kropeczki odblaskowe. Czasem służy do spania w zimniejsze noce.

bluzka – bielizna ocieplana Under Armour we wiosennym Azerbejdżanie

Koszulka z wełny Merino firmy Smartwool – moje odkrycie z ostatniego sezonu! Posiadam dość uniwersalną, z krótkim rękawem. Nazwa producenta mówi sama za siebie, bo wełna jest po prostu „mądra” i dostosowuje się do warunków otoczenia.  Grzeje, gdy jest chłodno a jednocześnie odprowadza pot nie wyziębiając ciała. No i cecha, w którą raczej nie wierzyłam, czyli – można w niej chodzić kilka dni i nie śmierdzi! Z moją nadmierną potliwością to prawdziwy cud. Minusy? W moim przypadku nie sprawdza się w gorącym, wilgotnym klimacie – wtedy jednak odrobinę czuć, że to wełna.  Dokładnie taką koszulkę samą zachwalała mi dziewczyna, która przejechała Pamir twierdząc, ze to odzież na każde okoliczności przyrody, więc być tylko ja mam inne wymagania.

 

T-shirt koszulka z krótkim rękawem z wełny Merino Smartwool

Skarpetki – wożę kilka par, ale ostatnimi czasy w użyciu mam dwie na zmianę, albo w czasie mrozów obie jednocześnie – tadam, wełna Merino i skarpety Smartwool ze swoimi opisanymi już powyżej właściwościami. Modeli jest bez liku, ja mam skarpety krótkie i dłuższe. Para krótsza najczęściej wystarcza, dłuższa za kostkę służy jako docieplacz w czasie mrozów.  Skarpety świetnie przylegają do stopy, są po prostu super wygodne, miłe w dotyku, oddychają, nie łapią zapaszku stopy zbyt szybko.

skarpety z wełny Merino firmy Smartwool skarpety wełna Merino Smartwool

W przypadku wełny Merino, jak zresztą w ogóle w przypadku wełny należy pamiętać o praniu ręcznym, najlepiej w płynie do prania, a ze ja takowego nie mam pod ręka to piorę w mydle i dbam o to, by suszyć rzeczy, szczególnie koszulkę w stanie rozłożonym, nie na słońcu. Niestety jedne z moich skarpetek zostały wyprane w pralce i nieco się zmechaciły, ale nie zauważam wpływu na funkcjonalność.

Spodnie rowerowe – od kilkunastu lat używam spodni – legginsów firmy Shimano, bez wkładki na pupie. Do jazdy rowerem właśnie, odpowiednio wyprofilowane i uszyte. Nogawki zakończone od wewnątrz taśmą, która przylega do kostki, ocieplane od wewnątrz. Wygodne do bólu. Na rower, łyżwy, na miasto pod cieńsze spodnie. Zajechane przez mnie przez te kilkanaście lat na amen, a i tak nie mam serca ich wyrzucić, choć od 2 lat mam niemal równie dobre legginsy (do biegania, nie rowerowe) firmy Under Armour. Z suwaczkiem na dole, ocieplane, ale niestety trochę mi zjeżdżają z pupy (a dobrze siedzą na nogach), co mnie trochę denerwuje, ale jakościowo też godne polecenia.

Spodnie legginsy Under Armour, buty Keen Saltzman, bluza Columbia Omniwick

WARSTWA WIERZCHNIA

Bluza cienka – i tu mam na myśli lekką bluzę letnią z kapturem. Taką, którą można założyć wieczorem w ciepły dzień, bądź jako warstwę dodatkową przy ubieraniu „na cebulkę”. Dwukrotnie miałam – identyczne zresztą, bo pierwszą zgubiłam – bluzy niemieckiej firmy specjalizującej się w odzieży  rowerowej czyli Gonso (to ta, która widzicie na zdjęciu głównym Ewcyny z Filipin – obecnie bardzo ciężko kupić coś tej firmy w Polsce, choć ostatnio znalazłam bogatą ofertę i generalnie ogromną ilość ciuchów na rower w sklepie internetowym Bikester.pl).  Lekkie, zapinane na suwak no i oczywiście z kapturem – czas noszenia to około 10 lat. Przez ostatnie 3 lata nosiłam z uporem maniaka bluzę Columbia z serii Omniwick – oddychająca, odprowadzająca pot itd. (to ta niebieska, w której mnie najczęściej oglądaliście na zdjęciach). Kocham ją miłością czystą, ale jej dni dobiegły końca zwłaszcza po wybraniu w pralce w 60 stopniach (to nie ja!). Szukam i szukam czegoś podobnego i nie mogę znaleźć.. Nie mam jakoś zupełnie szczęścia do ciuchów, jak mi się coś sprawdzi to przestają produkować :((

mój ubiór w Iranie – kaptur bluzy Columbia przydawał się, gdy chustę zwiewał wiatr

Bluza polarowa nie rozpinana, z suwaczkiem pod szyją i ze stretchem polskiej firmy Kwark. Następny strzał w 10kę. Ciepła, miła, stretch dopasowuje się do sylwetki. Złapała dziurę na łokciu, ale tyle lat noszenia (5 lat intensywnie, na dzień i do spania) to drobiazg.

Spodnie sportowe – mam jedynie dość cienkie, bardziej letnie firmy Salomon. W chłodne dni noszę razem z rowerowymi pod spodem. Służą również jako spodnie miejskie (ciężkich dżinsów nie wożę). Ze stretchem, bo lubię no i przy moim typie sylwetki (dość wąska talia i dość grube uda) to raczej konieczność.

Kurteczka letnia krótka firmy Salomon. Niestety bez kaptura, ale używam jej najczęściej z cienką bluzą z kapturem.

Read Full Article
  • Show original
  • .
  • Share
  • .
  • Favorite
  • .
  • Email
  • .
  • Add Tags 

Opowieści z drogi opowieściami, ale do podróży rowerem, a szczególnie tej długiej, trzeba się dobrze praktycznie przygotować. Sprzęt podróżniczo-kempingowy, jego jakość, wygoda i (nie)zawodność często decyduje o tym, jak ta podróż będzie przebiegać.  Nie jestem żadnym ekspertem w tej dziedzinie, no może doświadczonym użytkownikiem, i właśnie doświadczeniami z użytkowania  sprzętu i akcesoriów, jakie posiadam chciałabym się podzielić.

  1. SAKWY

Sakwy to jedna z najważniejszych części wyposażenia rowerowego podróżnika, czyż nie?

Wybierając sakwy miałam nie ukrywam kłopot. Zaczynałam naście lat temu od sakw z materiału jednej z polskich firm. Służyły lat wiele, ale tez przekonałam się, że musze mieć coś mocniejszego i  nieprzemakalnego, bardziej niezawodnego. Najbardziej powszechne sakwy rowerowych podróżników, czyli produkty niemieckiej firmy Ortlieb mają wszelkie cechy dobrych sakw, ale.. są dla mnie zwyczajnie za małe – mają 40 litrów.  Jakbym się do nich nie przymierzała było to jakoś wydawało mi się za mało, choć wiem, że w tym też jest idea, aby mniej obciążać sakwy a bardziej wór, który mocuje się na bagażniku.. Po drugie nie mają żadnych kieszonek oprócz takich, które można dokupić i przyczepić, jednakże trzeba na ta okoliczność zrobić otwór w sakwie no i jakoś mnie to do końca nie przekonywało..

Jesienią 2013 roku, szukając sakw natrafiłam w internecie na opis sprzętu outdoorowego amerykańskiej Pacific Outdoor Equipment (obecnie Hyalite). Sakwy tej firmy były do kupienia przez w jednym ze sklepów internetowych w Wielkiej Brytanii (SJS Cycles) i na nie się zdecydowałam – komplet kosztował z tego co pamiętam ok 600 PLN. Sakwy mają 60 litrów, duże kieszenie boczne, małe kieszonki w klapie i z przodu gdzie można schować coś drobnego klucz. System mocowania na plastikowych hakach nie jest może idealny, ale w sumie lepszy niż samozatrzaski Ortlieba. Przy okazji kupiłam tez matę samopompująca tej firmy, z której byłam bardzo zadowolona.

sakwy rowerowe Pacific Outdoor Equipment i Ortlieb

Jak się sprawdziły? Przez 1,5 roku był spokój, az któregoś pięknego dnia jesienią 2014 roku w Korei Południowej złamał mi się hak mocujący w jednej z sakw. No cóż, mój bagaż jest ciężki i owszem. Niestety nie miałam wtedy zapasowego haka by wymienić (teraz mam).  Do tego wcześniej z własnego niedbalstwa rozwaliłam suwaki w dużych kieszeniach i poszły tez 2-3 zatrzaski w klapach (były podłej jakości) – suma summarum, zamiast naprawiać zakupiłam.. nowe, takie same tej samej firmy, które o dziwo były gdzieś w sprzedaży internetowej w Korei Południowej. Nie wiem, czy bym teraz była taka rozrzutna, no, ale tak wyszło. Muszę powiedzieć, że faktycznie nowa wersja była ulepszona, haki pomimo ogromnych ciężarów jakie wożę od 3 lat trzymają się, suwaki tez no i zapinki są zupełnie inne i się nie połamały jak poprzednie. No i oczywiście mogę w nie dużo zapakować.

Niestety jakby ktoś był zainteresowany to sakwy nie są już produkowane (chyba, że wyguglacie inaczej).  Tak jak pisałam, firma nazywa się teraz Hyalite.

sakwy rowerowe Pacific Outdoor Equipment tylne oraz Ortlieb przednie

Na przodzie roweru mam sakwy Ortlieb, model z klapką (patrz zdjęcie, wybaczcie nie mogme znaleźć nazwy), 25 litrów. Odpukać, nic im nie jest. No.. prawie nic. Pewnego pięknego dnia w Tajlandii dobrały się do jednej tamtejsze wiewórki (raczej duże białe wiewióry), które wygryzły dziurę ok 4-5 cm średnicy podczas gdy ja sobie siedziałam w kawiarni grzebiąc w necie i patrzyłam jak to fajnie wieworki skacza po moim rowerze. Najchętniej bym wtedy tą wiewiórę potem wsadziła na grilla jak zobaczyłam możliwości ich zębów na moim drogim sprzęcie. Dziurę załatałam jednak produktem TENACIOUS firmy McNETT – to taśma naprawcza samoprzylepna do łatania rzeczy wszelakich – droga rzecz, ale warto. Zaklejenie trzymało się do niedawna czyli 2,5 roku, musze po prostu znaleźć czas by ponownie zakleić dziurę. Nie, taśma „srebrna” naprawcza to nie jest to samo.

  1. ŚPIWÓR

Jestem szczęśliwą posiadaczką śpiwora puchowego firmy Yeti. Model (najprawdopodobniej, nie mam pod ręka rachunku) GT II 900, w momencie zakupu miał ok. 900 gram, zapłaciłam zań ok. 760 PLN. To, co mi się podoba, to fakt, ze w środku ma dużo miejsca, nie czuję się związana jak wąż i mogę podkupić nogę bądź spać na brzuchu, co tez bardzo lubię. Teraz, po kilku latach intensywnego użytkowania i dwóch praniach (polecam jedynie pralnie, które znają się na rzeczy, ja korzystałam z zaprzyjaźnionej z firmą Yeti, na warszawskiej Pradze) zapewne mniej bo wyszło trochę piórek, ale w życiu bym się nie zdecydowała na podróż ze śpiworem syntetycznym. Śpiwory puchowe oprócz tego, ze są lżejsze dają naprawdę komfort cieplny i są lekkie i miłe. Oczywiście na podróż do Azji Południowo-Wschodniej i inne gorące i wilgotne tereny odradzam, ale ja wiozłam i nawet jak nie używałam to wyciągałam go na noc z poszewki. Puch nie może być za długo ściśnięty, śpiwór powinien być rozłożony, gdy jest w domu a w podroży jak najczęściej uwalniany z poszewki.

Śpiwór puchowy Yeti / Dawn sleeping bag Yeti, 900 gram śpiwór puchowy Yeti

I tu uwaga do Pań – pamiętajcie, ze odczuwalne przez kobiety ciepło/zimno różni się od odczuwanego przez mężczyzn podobno nawet o 7 stopni. Jak widzę napis na śpiworze „zakres temperatur” to mu nie ufam i zawsze zainwestowałabym w śpiwór cieplejszy. Ja w swoim śpiworze czuję się dobrze do temperatury powiedzmy 5 stopni na plusie, mając do tego na sobie bieliznę termiczną. Koleżanki,  które zakupiły śpiwory puchowe o wadze do pół kilograma (temperatura optymalna) podczas rowerowania po Nowej Zelandii pomiędzy lutym a początkiem kwietnia (noce bywaly po kilka stopni – tamtejsza jesień) z tego co mówiły marzły strasznie.

Firma YETI nie jest jedynym godnym polecenia producentem śpiworów puchowych, można wybrać innego wykonawcę.

No właśnie, jadąc do Azji Pd-Wschodniej niemal 5 lat temu mając na uwadze tamtejsze upały i wysoką wilgotność powietrza zaopatrzyłam się w śpiwór/wkładkę jedwabną Ex3 Silk Sleeper firmy Lifeventure.

Lifeventure Silk Sleeping Liner

To maleństwo wielkości pięści i wadze 100 gram, bardzo przyjemne w dotyku, które niezwykle przydaje się właśnie w tropikalnym klimacie. Ma kształt dużej mumii i nasączone jest jakimś preparatem odstraszającym owady.  Można używać jako prześcieradła bo jak wiadomo – z czystością pościeli w wielu miejscach jest co najmniej dyskusyjna bądź jako niby-spiwora podczas gorących nocy.

Z uwagi na fakt, że wybierałam się w wysokie góry, a w naprawdę niskiej temperaturze mój śpiwór puchowy już mi nie wystarcza od niedawna jestem posiadaczka innego produktu firmy Lifeventure – śpiwora- wkładki stretchowej LIFEVENTURE THORMOLITE STRETCH LINER.

To produkt wielofunkcyjny – materiał z którego jest wykonany jest grubszy, niż jedwab, waga jaką podaje producent to 370 gram. Ma kształt dużej mumii z kapturem. Produkt ten może funkcjonować jako samodzielny śpiwór w gorącym klimacie bądź jako wkładka do regularnego śpiwora, gdy robi się zimno. W tym drugim przypadku podobno zwiększa ciepło o ok. 10 stopni. Korzystałam z niego kilkakrotnie i w jednej i drugiej opcji, głownie jednak drugiej no bo było ciepło. Na Turcję w lecie jak znalazł.

Dużo tego, to fakt. Teraz decydowanie nie potrzebuję wszelkich..

Read Full Article
  • Show original
  • .
  • Share
  • .
  • Favorite
  • .
  • Email
  • .
  • Add Tags 

„Iran? Nie, nie.. nigdy więcej tam nie pojadę” powiedziała Trien, solo cyklistka z Holandii, która napotkałam gdzieś w Kazachstanie. Była to pierwsza negatywna opinia na temat kraju, którego mieszkańcy są jest wychwalani za swoją gościnność. Nie było czasu wdawać się w szczegóły, Trien zaznaczyła tylko, że czuła się tam bardzo źle i miała problemy z mężczyznami. Los chciał, ze dowiedziałam się o szczegółach nich pól roku później, gdy odpowiedziała na mój post na temat kobiecego solo podróżowania w Iranie, który zamieściłam w jednej z grup rowerowych na fejsbuku.

Następna była rowerzystka z Południowej Afryki, napotkana gdzieś w Kirgistanie. „Iran? Uciekłam po 2 tygodniach. Połączyłam siły z inna napotkaną solo rowerzystką a i tak nie  było dobrze. Myślisz może, że to niewłaściwy ubiór? Nie, nie, byłam zakryta od stóp do głów. Żaden włos nie wystawał spod chusty a na spodnie narzuciłam zakrywające biodra manteau. Uwaga i namolność mężczyzn była wręcz chorobliwa, po dwóch tygodniach miałyśmy dość – zdecydowałyśmy się wziąć autobus i wyjechać z Iranu” . Hmmm.

Ciekawił mnie Iran. Wciąż ciekawi. Poza tym był na mojej drodze Jedwabnym Szlakiem, nie chciałam uprzedzać się i rezygnować, ale zdecydowanie opinie te zasiały we mnie ziarno niepokoju.

Były wszak pozytywne opinie solo cyklistek. Pierwsza z nich, Heike, spędziła w Iranie podczas dwóch osobnych wizyt rowerem ponad 3,5 miesiąca i nie przestawała się zachwycać krajem i ludźmi. Były dwie Polki, Joanna i Dorota, które miały jednakowo pozytywne doświadczenia.  I wiele innych.

Nadszedł czas na moje własne.

Wjechałam do Iranu od południowej strony, promem ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich w Bandar Abbas. Jeszcze tego samego dnia wzięłam prom na wyspę Qeshm. To piękna wyspa o wprost baśniowych pejzażach przypominających widoki z księżyca. Raj dla tych, którzy lubią samotne spotkania z naturą, a ja lubię i to bardzo.

Każda kobieta, także cudzoziemkę, która przebywa w Iranie obowiązują zasady dotyczące odpowiedniego ubioru – jeszcze na promie zakryłam włosy chustką, miałam na sobie spodnie z długą nogawką i bluzę z długim rękawem. Czasem, gdy chustka zsuwała mi się z głowy w czasie jazdy naciągałam jeszcze kaptur od bluzy.  Powinnam mieć jeszcze tzw. manteau przykrywające pośladki do pól uda, ale bluza jest dość długa więc założyłam, że kupie sobie odpowiedni ciuch później.

Zaczęłam jechać zatem dookoła wyspy powoli delektując się ciszą i ciesząc z pozdrowień mijanych ludzi. Mijających mnie samochód o było całkiem dużo – okazało się, że trafił mi się długi weekend na początku lutego, zatem wyspę odwiedzały tłumy turystów. Dwukrotnie nocowałam w namiocie na plaży, raz w udostępnionej mi sali modlitw również w parku przy plaży. Ludzie byli pomocni i przyjaźni.

Południe wyspy to jednak bardzo odludne tereny, pomiędzy niektórymi wioskami jest 20 km odległości. Byłam jakieś 10km za Salakh, gdy nadjechał z naprzeciwka na motorku. Młody szczupły chłopak. Minął mnie, po czym zawrócił.. Starał się zagadać, ale ani ja nie mówię po persku (farsi), ani on po angielsku. Siłą rzeczy konwersacja nie była możliwa, zatem pojechałam dalej. Po jakiś 1-2 kilometrach napotkałam kierunkowskazy do jednaj z lokalnych atrakcji – należało skręcić z pustej drogi w jeszcze bardziej pustą, która kierowała do doliny słynącej z niezwykłych formacji skalnych. Po pięciu minutach chłopak znów się pojawił. Przestało mi się to podobać i zaczynał mi działać na nerwy. Zaczęłam krzyczeć, by odjechał, ale on tylko stał, po jakimś czasie, gdy już wyrzuciłam z siebie nieco bluzgów z wielkim oporem odjechał. Zawróciłam rezygnując z wjeżdżania dalej w dolinę. Była 14.30-15.00 i byłam głodna, od rana nic nie jadłam, po drodze nie było zadnych knajp, Jakieś 500 metrów od połączenia z główną (jednakowoż wciąż pusta i mało uczęszczaną drogą) zobaczyłam nieduży kawałek muru, jakiś nie dokończony budynek – jedyny taki obiekt zasłaniający od potężnego wiatru, jaki udało mi się dostrzec.. postanowiłam wykorzystać tą osłonę, aby zatr4zymac się i coś zjeść. Gdy kończyłam już pojawił się znowu. Byłam wściekła. Nie miałam ochoty zakładać chusty na głowę i przywdziewać długiego rękawa – korzystając z samotności zdjęłam te niewygodne, obowiązujące jednak kobiet w Iranie ubrania, pozostając jednak w długich luźnych spodniach i T-shircie. Zatrzymał motorek kilka metrów ode mnie i jakby nigdy nic chciał się przysiąść. Wrzeszczałam, żeby sobie poszedł, co zdawało się nie robić na nim większego wrażenia. Po jakimś czasie jednak, wstał i usiadł na motorku, nie odjeżdżał jednak. Wtedy zrobiłam mu zdjęcie. Pomogło, pojechał. Spakowałam rower i gotowa do odjazdu zobaczyłam go znowu. Tego było za wiele. To był chyba już 5 raz i najchętniej bym go zabiła. Był koszmarnie namolny, wciąż jednak nie wrażenia kogoś niebezpiecznego, trudno mi wytłumaczyć dlaczego nie wyjęłam w tym czasie sprayu pieprzowego, który podarował mi host w Dubaju. Po bezpiecznym przejechaniu około 40 krajów i ponad 4 latach w drodze intuicja nie podpowiadała niczego złego. Tak, to był błąd.

Rower był już spakowany, trzymałam kierownicę, gdy chłopak poprosił mnie o wspólne selfie. „Nie!” odpowiedziałam, gdyż miałam go serdecznie dość. Miałam wrażenie, że to go najbardziej ubodło. Poczułam ręce łapiące mnie od tyłu, szarpanina, upadek, kotłowanie na ziemi. Gdy udało mu się ściągnąć mi spodnie i bieliznę i włożyć tam rękę, zrozumiałam z przerażeniem, że nie dam mu rady. Choć szczupły i niewysoki to jednak mężczyzna, któremu natura dała więcej siły. Wtedy on.. odpuścił. Zerwał się ze mnie, wskoczył na motorek i odjechał. Wyglądało to jakby nagle coś sobie uświadomił. Będąc w zupełnym szoku wzięłam rower i szybko wyjechałam do drogi głównej. Myśli przebiegajce przez głowę co robić? Do najbliższej wioski było 10 km, mniej więcej tyle samo do nieco większej miejscowości Salakh, którą minęłam wcześniej. Widziałam tam posterunek policji i tam się skierowałam. Miałam wszak jego zdjęcie.

Na posterunku nikt nie znał angielskiego, ale zawieziono mnie do pensjonatu, którego współwłaściciel znał język.  Okazało się, ze jego matka – przecudna kobieta Zinat, jest znaną na wyspie i w Iranie aktywistką walczącą o prawa kobiet. Byłam w dobrych rękach.

Zawiadomiłam także polską ambasadą. „To poważna sprawa Pani Ewo. W Iranie za gwałt sprawcy grozi kara śmierci. Niestety, policja irańska nam w żaden sposób nie podlega, będziemy interweniować, ale to od nich zależy jak postąpią” usłyszałam.

Następne cztery dni spędziłam u Zinat starając się dojść do siebie. Drugiego dnia po południu usłyszałam – złapali go! Jedziemy na posterunek.

Nie poznałam go od razu. Zmienił fyzurę – na pewno obciął włosy i wyglądał inaczej. Ale to był jego motor i to był on. „To ja” przyznał się w zasadzie od razu.

Następne godziny to spisywanie protokołu na posterunku. Spisywanie protokołu bez mojej znajomości języka lokalnego.. dokumentu, który kazano mi podpisać, a którego nie chciałam podpisać bez zaznajomienia z nim najpierw mojej ambasady.  Protokołu nigdy nie podpisałam nie znając dokładnie jego treści, z obawy o własne dobro i obawę o sprowokowanie sprawcy. Stwierdzono jednak, ze to nie szkodzi, i tak mają podstawy by rozpocząć postepowanie karne. Powiedziano mi, że sprawcę czeka rozprawa sądowa w największej miejscowości na wyspie – mieście Qeshm.

W międzyczasie na posterunek wpuszczono rodzinę sprawcy. Matka, dwie żony (!) i dziecko. Kobiety w tradycyjnym ubiorze, kwiecistych czadorach i z maskami na twarzach – maski takie noszą na twarzach, podobnie jak w Omanie i Zjednoczonych Emiratach arabskich kobiety po zamążpójściu.  Trwał jeden wielki zbiorowy lament. Błaganie mnie o wybaczenie. Obcałowywanie dziecka na pokaz. Nieustające prośby, których ani nie rozumiałam, ani w sumie nie chciałam słuchać.

 

Następnego dnia pojechaliśmy do sądu w mieście Qeshm. Przy wejściu ubrano mnie tam w czarny czador, bym mogła wejść do środka.  Sędzia sprawiał dobre wrażenie osoby, która jest po mojej stronie. Raz jeszcze zadał te same pytania – gdzie jak.. po kolei.. Cały czas był ze mną właściciel pensjonatu, który służył za tłumacza, gdyż sąd nie miał możliwości, przynajmniej w szybkim czasie, przydzielenia mi takowego. Po złożeniu przeze mnie zeznań powiedziano mi, że jestem wolna. Na pytanie o możliwy wyrok dla sprawcy (musze powiedzieć, że chciałam dla niego kary, ale byłam przerażona wizją kary śmierci) powiedziano mi, że w tej kwestii mogą jedynie poinformować ambasadę Polski w Teheranie po wystosowaniu przez nich oficjalnego pisma.

Oficjalnie nigdy się niczego jednak nie dowiedziałam. Przejeżdżający przez Queshm turyści, których spotkałam później powiedzieli, ze lokalny strażnik jednej z atrakcji turystycznych opowiedział im o sprawie mówiąc, że sprawca dostał pol roku więzienia i karę chłosty – 70 batów.

Po zakończeniu sprawy i pobycie u Zinat czułam się lepiej i postanowiłam dać Iranowi i sobie drugą szansę – jechać dalej stosując wzmożone środki ostrożności.

Uwierzcie mi, że jestem ostrożna. Choć często nocuję na dziko, nigdy nie rozkładam namiotu przed zmrokiem, uważnie wybieram miejsce i nigdy nie palę światła, żeby nie było mnie widać. Tu jednak musiałam wzmożyć czujność także w dzień.  Chyba jednak nie do końca mi się udało.

Wciąż jeszcze trudno mi było przewidzieć, co może mnie spotkać. Następnego dnia para podrostków na motocyklu zbliżyła się do mnie jadąc i jeden z nich próbował złapać za pupę. Tak, o tym tez słyszałam. Widział to kierowca samochodu, który jechał za mną i zatrzymał się oferując pomoc. Miał niefart, bo zamiast na gówniarzy, którzy uciekli wykrzyczałam całą złość na Iran na niego..  od tej pory jednak dużo uważniej patrzyłam we wsteczne lusterko, żeby na czas ewentualnie zareagować, gdyby coś takiego miało się powtórzyć. Nie można tego nazwać beztroską podróżą.

Dwa dni później postanowiłam skorzystać z toalety na dużej stacji benzynowej. Toaleta damska, jak to w Iranie była gdzieś na szarym końcu dużego terminala. Miałam kłopoty z żołądkiem, wchodziłam zatem do tej toalety kilka razy. Gdy udałam się tam po raz ostatni, wychodząc zobaczyłam stojącego w drzwiach (toalety damskiej!) mężczyznę. Zatarasował wyjście, starając się wepchnąć mnie obiema rękoma do środka. Nie zapomnę tych złych, utkwionych we mnie oczu. Mogłam jedynie krzyczeć. wrzeszczeć na całe gardło jak chyba nigdy dotąd.  Uciekł skacząc przez płot a ja roztrzęsiona, płacząc skierowałam się do posterunku policji drogowej. Nie miałam nic, żadnego dowodu.. chciałam tylko gdzieś bezpiecznie się schronić. Nikt nie mówił po angielsku, co mogłam przetłumaczyłam na translatorze i mogłam  przenocować w domu mieszkającej blisko rodziny. Rano wsiadłam na rower zastawiając się co robić bo ostatnią rzeczą, na którą miałam ochotę to podróż rowerem.

To już nie była podróż lekka łatwa i przyjemna, to była podróż w stałym napięciu.  Byłam gdzieś pośrodku niczego. Z paranoidalną już czujnością obserwowałam sytuację na drodze i poza nią, mając gotowy telefon do zrobienia zdjęć..  po kilku przypadkach czekających przy drodze przyglądających mi się i zawracających na mój widok by przejechać ponownie obok mężczyznach, choć nie znałam ich intencji – być mozme były dobre, spanikowałam. Nie chciałam jechać dalej, ale bałam się łapać stopa. Przede mną  był ponad 100 kilometrowy odcinek przez półpustynię z bodajże jedną wioską po drodze. W oddalonej o 120 km miejscowości mogłam zatrzymać się u hostów z warmshowers.

Zadzwoniłam do hostów, by pomogli mi załatwić transport do ich domu, na co oni po prostu.. wsiedli w samochód i po mnie przyjechali. Ponad 100 km w jedną stronę! Przez następne kilka dni doświadczałam ich niezwykłej gościnności, nie mogąc jednak zdobyć się na jazdę rowerem, ani tez z uwagi na pogodę na Kaukazie (był luty, więc wciąż zima) zbyt szybko wyjeżdżać z Iranu. Postanowiłam kontynuować podróż.. autobusem.  Shiraz,  Yazd, Esfahan, Qom, Talesh, Garmsar. W miastach tych spędziłam po kilka dni, czując się całkowicie bezpiecznie, mieszkając w hostelach bądź doświadczając tam słynnej  Irańskiej gościnności.

W Iranie spędziłam.. 2 miesiące. W Qom, niezwykle konserwatywnym mieście spotkałam miejscowych cyklistów, którzy nie tylko zaopiekowali się mną oferując miejsce w hotelu, ale zabrali mnie na wspólną wycieczkę na północ Iranu – góry i wybrzeże morza Kaspijskiego. Pólnoc Iranu by la inna –normalna, przyjazna. Czuło się coś innego w powietrzu.

Siłą rzeczy zastanawiało mnie dlaczego tak się dzieje. Czy istnieją jakieś zależności, które sprawiają, ze jednym kobietom udaje się przejechać ten kraj zachowując jedynie dobre wspomnienia, a inne nie mogą o nim słyszeć? Czy popełniłam jakiś błąd?

Zaczęłam badać bliżej temat kobiecej solo jazdy na rowerze przez Iran. Oto blogi opisujące historie innych dziewczyn. Pozwalam sobie przywołać ich fragmenty – niestety są po angielsku:

  1. Cindy z Holandii dość skrupulatnie opisuje dlaczego istnieją (bo istnieją) różnice w solo podróżowaniu po Iranie w przypadku mężczyzn i kobiet:

https://cyclingcindy.com/2016/11/05/yves-the-difference-between-a-man-and-a-woman-traveling-solo-by-bicycle-in-iran/

..”I had several assaults, besides more than a few invitations for sex. Men would come to a halt on the highway, block my way and either ask for sex or make movements to make clear they wanted sex. Truck drivers would stop after they passed me, hide behind their truck and showed me where their penis was hiding. One man lay naked on his bed in a simple traveler’s rest-house and held his hard-on in full view each time I walked by. Motor drivers would ride beside me, asking for sex, or I would be groped while they passed me. This happened almost each day until I start carrying a broken belt drive, as a whip…’

..”   I never camped though, because I certainly did not feel at ease to camp. Often I was followed by men by the time dusk arrived…”

  1. Trien z Holandii (którą spotkałam w Kazachstanie) – jej doświadczenie było wybitnie trudne. W opisie znajduję te same sytuacje i emocje, które przeżywałam.

50 shades of blue (EN)

..”I smiled less through the daily, countless cars along the way that awaited me or followed. To ask me where I come from and where I am cycling to. Even though it was well intended.

I didn’t smile at pursuits of guys on motorcycles, riding next to you, starting to grope, turning around and repeating the same action, up to three times.

I didn’t smile at questions of being together on the photo and the sudden feel of a stranger’s hand on your breast.

I didn’t smile at all when I was followed by a tough guy on a motorcycle. Who pulled me off my bike, tried to throw me in a sandpit next to the road and tried to rape and murder me. I was super grateful that I could escape. That, when I was dragged by my ankles through the sand, I could loosen a foot and kick that guy in his balls, chest and chin and run away.

No. I cried, I was empty, exhausted and felt enormously misunderstood. Because, ‘Well, in each country you do have bad people anyway’ it sounded. ‘Uh yes, but three incidents in four cycling days… Sorry, that, I never saw before.’ And ‘Iran has good people. What you say isn’t possible, you are lying, how dare you!’ and ‘Hey, rejoice, you are still alive nevertheless, look at the positive side!’.

  1. Anita z Hiszpanii miała wiele pozytywnych doświadczeń, jednkaże przyznaje, ze:

https://bkpk.me/beginners-guide-to-cycling-in-iran-and-avoiding-the-mistakes-i-made/

..”I did, however, experience some unwanted attention too, although it was much rarer, and I never really felt scared. Mostly annoyed, sometimes properly angry. The most common (and to be honest, baffling) annoyance was being overtaken by boys on motorcycles who would yell at the top of their lungs, right in my ears. I never understood the reason why, but young men do tend to be the silliest of all demographics, and that is a truth universally acknowledged. Maybe it was their way to show support? On very rare occasions (maybe 2 or 3 times) one of the boys would try to engage in conversation with me by yelling “HOW ARE YOU I’M FINE THANK YOU I LOVE YOU!” and try to grab my arm. Sometimes a stern word would be enough to make them go on their way, but one time they kept chatting (“HOW ARE YOU I’M FINE THANK YOU I LOVE YOU!”) until a man on a motorbike stopped them and shooed them away, apologizing and calling them “diwane” (crazy). And there was that one time when a guy stopped his pick up truck and offered to pay me for sex. With his very young daughter next to him. I got very angry, so he shrugged and left. I can go a bit mental when I get angry, so in a way, I admired his poise and calmness…”

  1. Jin, solo rowerzystka z Korei pisze:

Iran Travel Guide (Safety, Places to visit, Clothes for a girl, and other useful information)

..”Arriving Iran, I was glad to come back but I was worried. When I cycled in Iran for two months, I got sexually harassed two times although I had the cycling partner at that time. It was for sure that if I cycled alone, I must get sexually harassed. I heard from solo women cyclists that all of them must get sexually harassed in Iran, not only one time, but several times. Sexual harassing is happening all around the world. But it is not common that solo women cyclists must have this experience 100% sure. I never recommend any solo girl cycling alone in Iran. Some European girl on a bicycle told me she got grabbed between legs even by the immigration doctor on the border. Too much risky to cycle alone and I already cycled from north to south for two months last time that I decided to take the train from south to north back at this time.

  1. Wreszcie Rocio z Hiszpanii, którą spotkałam w Uzbekistanie i jej doświadczenia  z zeszłego miesiąca, czerwiec 2018, opisana jedynie w prywatnej korespondencji

..” Było ich trzech. Jeden zaatakował, drugi mu pomagał, trzeci się patrzył. Gdy zobaczyłam, że jakieś typy stoją przy drodze włączyłam moją kamerę w GoPro. Zawsze tak robiłam, gdy czułam niepokój. W tym przypadku słuszny. Rower porzuciłam przy drodze by uciec”.

Podobnie jak w moim przypadku sprawcy w pewnym sensie.. nie skończyli. Jej sprawa sądowa trwała dłużej niż moja. Zapadły wyroki, od których sprawcy się odwołali...

Read Full Article
  • Show original
  • .
  • Share
  • .
  • Favorite
  • .
  • Email
  • .
  • Add Tags 

W ostatnim dniu października na stepach południowego Kazachstanu termometr wskazywał 29 stopni na plusie i wszyscy zgodnie twierdzili, ze to anomalia pogodowa, bo wszak o tej porze roku to zazwyczaj już śnieg prószy, gdzie tam, żeby w krótkich majtkach jeszcze ganiać. A ja jeszcze ganiałam, może nie majtkach, lecz szortach po kolana. Dwa dni później z 29 zrobiło się 15 a potem 5 stopni i dopadła mnie już wtedy za gardło odkładana z dnia na dzień decyzja – co teraz, pierwsza klaso? Gdzie teraz?

Większość środkowoazjatyckich „overlandowców” podróżujących Jedwabnym Szlakiem zapewne nie zadawałaby sobie tego pytania – cisnęliby do przodu bo niestraszne im mrozy, śniegi i zawieruchy. Ale ja przecież nie lubię się zanadto męczyć, ryzykować tez nie lubię. Podróż ma sprawiać przyjemność. Totalna nuda i nic, coby można potem wnukom opowiadać.

A cóż było przede mną? Ano kilometry, bodajże tysiąc z hakiem kilometrów stepu na którym nic nie ma i po którym hula wiatr najczęściej w twarz bo dominują wiatry zachodnie a ja jechałam na zachód właśnie. Taki wiaterek, ze nawet pedałami nie idzie ruszyć, wypizgaj totalny. Miasta położone w odległości kilkudziesięciu, czy nawet kilkuset kilometrów od siebie.

prez step w Kazachstanie

Wcześniej już odpuściłam trasę przez Turkmenistan, bo po pierwsze primo – nie bawiłoby mnie zrobienie 600 km w 5 dni na wizie tranzytowej bo moja maksyma to wszak „not for speed” czyli powolutku a po drugie primo o jedyną ewentualnie możliwą wizę do Turkmenistanu, o którą można aplikować jadąc samemu (czyli tranzytową na 5 dni) również niezwykle trudno. Uzyskanie wizy turkmeńskiej to loteria i wielu znajomych ostatnimi czasy nie miało szczęścia i zamiast naginać po 120 km dziennie z wywalonym jęzorem (żeby zrobić te 600 km w 5 dni) musieli w ostatniej chwili zmieniać plany, składać rowery i sadowić pupę w samolocie lecącym gdzieś tam. To najczęściej dość stresujący i kosztowny proces.

Stresu i pośpiechu jak wiecie nie lubię. Preferuję tez komfortowe ciepełko, najlepiej w granicach 20-25 stopni, coby ani nie zmarznąć za bardzo ani się nie zgrzać – nie uśmiechało mi się zatem pedałować przez północny Iran w grudniu, bo śnieg i deszcz.

Osiadłam zatem na 3 tygodnie w mieście Szymkent na południu Kazachstanu rozmyślając co tu zrobić z tak miło rozpoczęta i trwająca już około 4 miesięcy podróżą z Chin do Europy. Z uporem maniaka śledziłam wykresy i tabelki temperatur z ostatnich lat w różnych miejscach globu, wczytywałam się w blogi podróżnicze, zadawałam pytania na forach, zapoznawałam się z warunkami przewozu bagażu i roweru na stronach linii lotniczych. osiwieć można od tej roboty, poważnie mówię.

Z drugiej strony – można to wszak nazwać rozważnym i przemyślanym planowaniem podróży, czyż nie?

Nepal? Malezja? Może południowe Indie? Czy od razu Emiraty i Oman, o którym słyszałam tyle dobrego ? To niech już będzie te Emiraty i Oman. Uniknę latania w dwie strony i nawet nie zboczę z Jedwabnego Szlaku.

W drugiej połowie listopada opuściłam Kazachstan na pokładzie kazachskich linii Air Astana (które biorą rower za 50 USD bez limitu wymiaru i waga do 32 kg, stan na listopad 2017 – polecam) przeniosłam moje 4 litery i rowerowy dobytek w zupełnie inny wymiar.

Wymiar nazywał się Dubaj i wcale nie jest to stolica Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Jest to jednak niewątpliwie jedno z najdziwniejszych miejsc na świecie. Monstrulany twór ze szkła i stali co to wyrósł na środku pustyni nad brzegiem morza w zatoce Perskiej w przeciągu kilku zaledwie, góra 10 lat. Miejsce, w którym łatwiej spotkać pracującego w sektorze usług Hindusa, Pakistańczyka czy Filipinkę czy tez tysięcy ekspatów na wysokich stanwiskach cieszących się zerowym podatkiem od zarobków (od nowego roku podobno jest to juz 5%) niż rodowitego Emiratczyka (skala 80% do 20% mniej więcej).

najwyższy budynek świata Burj Khalifa i plac budowy wokół

Read Full Article
  • Show original
  • .
  • Share
  • .
  • Favorite
  • .
  • Email
  • .
  • Add Tags 

Separate tags by commas
To access this feature, please upgrade your account.
Start your free month
Free Preview