Loading...

Follow Ewcyna | Solo Female Bike Travel blog on Feedspot

Continue with Google
Continue with Facebook
or

Valid

W ostatnim dniu października na stepach południowego Kazachstanu termometr wskazywał 29 stopni na plusie i wszyscy zgodnie twierdzili, ze to anomalia pogodowa, bo wszak o tej porze roku to zazwyczaj już śnieg prószy, gdzie tam, żeby w krótkich majtkach jeszcze ganiać. A ja jeszcze ganiałam, może nie majtkach, lecz szortach po kolana. Dwa dni później z 29 zrobiło się 15 a potem 5 stopni i dopadła mnie już wtedy za gardło odkładana z dnia na dzień decyzja – co teraz, pierwsza klaso? Gdzie teraz?

Większość środkowoazjatyckich „overlandowców” podróżujących Jedwabnym Szlakiem zapewne nie zadawałaby sobie tego pytania – cisnęliby do przodu bo niestraszne im mrozy, śniegi i zawieruchy. Ale ja przecież nie lubię się zanadto męczyć, ryzykować tez nie lubię. Podróż ma sprawiać przyjemność. Totalna nuda i nic, coby można potem wnukom opowiadać.

A cóż było przede mną? Ano kilometry, bodajże tysiąc z hakiem kilometrów stepu na którym nic nie ma i po którym hula wiatr najczęściej w twarz bo dominują wiatry zachodnie a ja jechałam na zachód właśnie. Taki wiaterek, ze nawet pedałami nie idzie ruszyć, wypizgaj totalny. Miasta położone w odległości kilkudziesięciu, czy nawet kilkuset kilometrów od siebie.

prez step w Kazachstanie

Wcześniej już odpuściłam trasę przez Turkmenistan, bo po pierwsze primo – nie bawiłoby mnie zrobienie 600 km w 5 dni na wizie tranzytowej bo moja maksyma to wszak „not for speed” czyli powolutku a po drugie primo o jedyną ewentualnie możliwą wizę do Turkmenistanu, o którą można aplikować jadąc samemu (czyli tranzytową na 5 dni) również niezwykle trudno. Uzyskanie wizy turkmeńskiej to loteria i wielu znajomych ostatnimi czasy nie miało szczęścia i zamiast naginać po 120 km dziennie z wywalonym jęzorem (żeby zrobić te 600 km w 5 dni) musieli w ostatniej chwili zmieniać plany, składać rowery i sadowić pupę w samolocie lecącym gdzieś tam. To najczęściej dość stresujący i kosztowny proces.

Stresu i pośpiechu jak wiecie nie lubię. Preferuję tez komfortowe ciepełko, najlepiej w granicach 20-25 stopni, coby ani nie zmarznąć za bardzo ani się nie zgrzać – nie uśmiechało mi się zatem pedałować przez północny Iran w grudniu, bo śnieg i deszcz.

Osiadłam zatem na 3 tygodnie w mieście Szymkent na południu Kazachstanu rozmyślając co tu zrobić z tak miło rozpoczęta i trwająca już około 4 miesięcy podróżą z Chin do Europy. Z uporem maniaka śledziłam wykresy i tabelki temperatur z ostatnich lat w różnych miejscach globu, wczytywałam się w blogi podróżnicze, zadawałam pytania na forach, zapoznawałam się z warunkami przewozu bagażu i roweru na stronach linii lotniczych. osiwieć można od tej roboty, poważnie mówię.

Z drugiej strony – można to wszak nazwać rozważnym i przemyślanym planowaniem podróży, czyż nie?

Nepal? Malezja? Może południowe Indie? Czy od razu Emiraty i Oman, o którym słyszałam tyle dobrego ? To niech już będzie te Emiraty i Oman. Uniknę latania w dwie strony i nawet nie zboczę z Jedwabnego Szlaku.

W drugiej połowie listopada opuściłam Kazachstan na pokładzie kazachskich linii Air Astana (które biorą rower za 50 USD bez limitu wymiaru i waga do 32 kg, stan na listopad 2017 – polecam) przeniosłam moje 4 litery i rowerowy dobytek w zupełnie inny wymiar.

Wymiar nazywał się Dubaj i wcale nie jest to stolica Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Jest to jednak niewątpliwie jedno z najdziwniejszych miejsc na świecie. Monstrulany twór ze szkła i stali co to wyrósł na środku pustyni nad brzegiem morza w zatoce Perskiej w przeciągu kilku zaledwie, góra 10 lat. Miejsce, w którym łatwiej spotkać pracującego w sektorze usług Hindusa, Pakistańczyka czy Filipinkę czy tez tysięcy ekspatów na wysokich stanwiskach cieszących się zerowym podatkiem od zarobków (od nowego roku podobno jest to juz 5%) niż rodowitego Emiratczyka (skala 80% do 20% mniej więcej).

najwyższy budynek świata Burj Khalifa i plac budowy wokół

Read Full Article
  • Show original
  • .
  • Share
  • .
  • Favorite
  • .
  • Email
  • .
  • Add Tags 

O tym, że wyrobienie wizy do Uzbekistanu jest skomplikowane słyszałam legendy, w praktyce jednak nie było tak źle.

Wizy nie można uzyskać na granicy, należy ją załatwić wcześniej w ambasadzie. Ja załatwiałam swoją będąc w podróży w ambasadzie uzbeckiej w Almaty w Kazachstanie i nie wiem jak to się odbywa w Polsce.

Aby uzyskać wizę w przypadku wielu nacji w tym Polski potrzebne jest zaproszenie (Letter of Invitation). Obywatele niektórych krajów są z tego obowiązku zwolnieni, jednakże praktyka wskazuje, że uzyskanie zaproszenia znacząco ułatwia i skraca czas uzyskania wizy (z 10-14 dni do tego samego dnia). Polacy wciąż potrzebują zaproszenia, choć chodzą słuchy że będzie to zniesione już wkrótce, w 2018 roku.

Zaproszenie wystawiane jest przez uzbeckie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, aplikującym musi być jedna z uprawnionych do tego agencji, namiary na które podane są w internecie – polecam stronę Caravanistan, jednakże skorzystanie z usług agencji współracującej z portalem Caravanistan to koszt bodajże 90 EUR. W innym miejscu koszt usługi wynosił 75 EUR. Ja dzięki informacjom uzyskanym od innych polskich podróżników udało się załatwić zaproszenie przez Topchan hostel w Taszkiencie za jedynie 42 USD. Jedynym wymogiem było spędzenie w hostelu jednej nocy. Co tez uczyniłam (btw. Ten najbardziej chyb znany i polecany hostel w Taszkiencie bardzo mi się nie spodobal i uciekłam po jednej nocy – głośno, brak jakiegoś miejsca do siedzenia na zewnątrz.. uważam że to bardzo przereklamowane miejsce i nie polecam).

Po wypełnieniu wniosku do zaproszenia (łatwe, ale niestety trzeba dokładnie określić dzień wjazdu i wiza będzie obowiązywała od tego dnia). We wniosku należy tez wpisać ambasadę, do której się udamy, aby aplikować o wizę. Choć byłam w Kirgistanie i Biszkek był najbliżej wybrałam Almaty w Kazachstanie. Leży tylko 200 km dalej i tak musiałam tam się udać, by wyrobić nowy paszport, a ambasada uzbecka w Almaty ma bardzo dobre opinie. Po dokonaniu płatności przez Paypal otrzymałam potwierdzenie z Topchan hostel i czekałam na zaproszenie 8 dni. Przyszło mailem.

Po kilku tygodniach z zaproszeniem, paszportem, jednym zdjęciem, kserem jednej strony w paszporcie (koniecznie) i lokalną gotówką udałam się do ambasady Uzbekistanu w Almaty. Ambasada obsługuje petentów jedynie po południu, w godz. 15-18.00. Choć byłam tam już o 14.00 to tego dnia podwoje otworzyła tuz przed 16.00, wiec no … bywa różnie, jednakże osoby które przyszły w sprawie wizy obsługiwane są najpierw. Po przejrzeniu papierów konsul wydaje kwitek do opłacenia – w przypadku Polaków jest to 75 EUR, ale koszt np. dla obywateli USA to już 160 USD (auć!).   Płatności dokonuje się w banku obok i jest ona przeliczana jest na walutę kazachską czyli tenge i przyjmowana tylko w gotowce. Musicie mieć zatem odpowiednią ilość lokalnej gotówki.

Po dokonaniu płatności wracamy z kwitkiem do konsula, gdzie już czeka na nas paszport z wklejoną wizą do Uzbekistanu. 30 dni bez możliwości przedłużenia, datę wjazdu, które determinuje datę wyjazdu niestety musimy określić już w składanej aplikacji o zaproszenie, zatem potrzebne jest dokładne planowanie. Na przykład: wiza od 30 września do 29 października jak w moim przypadku oznacza, że możesz wjechać jedynie od 30 września, ale opuścić musisz kraj do 29 października włącznie. Przekroczenie czasu wyjazdu spowoduje poważne problemy.

Koszt wizy – 42 USD (zaproszenie) + 75 USD wiza = 117 USD. Sporo, ale mogło być wszak więcej.

W Almaty także odwiedziłam polską ambasadę, by złożyć podanie o nowy paszport – nie było to możliwe w Biszkeku, gdyż tam jest jedynie placówka dyplomatyczna.

W ambasadzie należy się najpierw zarejestrować w systemie online na wizytę. Gdy nie wiadomo co i jak wystarczy mail do naszej placówki – odpowiadają sprawnie, na pytania typu jak dojechać również. W dni wizyty zostałam przyjęta przez konsula o oznaczonej godzinie, na miejscu wypełniłam wniosek i dałam fotografię, trochę czasu zajęło nam zdjęcie odcisków palców, bo podobno tego jeszcze nie robili, ale całość odbyła się w bardzo miłej atmosferze.  Niezwykle miłe zaskoczenie to opłata – za paszport płaci się więcej niż w Polsce, 110 EUR, jednakże odlicza się kwotę 10% za lata gdy jeszcze byłby ważny.  Podam swój przykład – mój paszport był wyrabiany w 2013 roku i miał jeszcze ważność 6 lat, ale po prostu musiałam wyrobić nowy, bo zabrakło w nim miejsca. Zapłaciłam za nowy 44 EUR. Smieszny fakt – poprzedni paszport był wyrabiany także we wrześniu i przyjechałam do Almaty w tym samym dniu, dzięki temu policznono mi za 1 rok mniej – następnego dnia liczyłby się już następny. Zatem moje dwa paszporty po kolei maja datę wyrobienia ten sam dzień w roku.

Na nowy paszport czeka się 3-6 tygodni i można go odebrać jedynie osobiście. Po trzech tygodniach dostałam maila z ambasady, że nowy paszport już jest – pojechałam go odebrać w listopadzie, kiedy ponownie wjechałam do Kazachstanu. Az mi było smutno rozstawać się z poprzednim, zapełnionym pieczątkami dokumentem, z którym wiązało się wiele wspomnień.

Read Full Article
  • Show original
  • .
  • Share
  • .
  • Favorite
  • .
  • Email
  • .
  • Add Tags 
rejestracja meldunek Uzbekistan

Uzbecka rzeczywistość, choć małymi krokami zmierza ku szeroko pojętej normalności wciąż obfituje w szereg niespodzianek i absurdów, a jednym z głównych jest obowiązek meldunkowy.  Jako, ze przygody z nim związane urozmaicały mi pobyt w Uzbekistanie i nie dawały o sobie zapomnieć w sposób ciągły oraz jako, ze mam sporo pytań w tym temacie poświęcam mu osobny wpis z gatunku praktycznych – może komuś się przyda.

Co to w ogóle jest ten obowiązek meldunkowy/rejestracyjny?

Jest to zapis prawa stanowiący, że obcokrajowiec przebywający w Uzbekistanie w celu turystycznym powinien każdą noc spędzać (czyli meldować się/rejestrować się) w hotelu/hostelu. Dodatkowo, podobnie jak w Chinach czy Birmie musi być to hotel, który ma licencję na przyjmowanie obcokrajowców, bo w wielu mogą spać tylko miejscowi (cena dla obcokrajowców będzie mniej więcej dwukrotnie wyższa). Teoretycznie odpadają zatem różne coachsurfingi i noclegi u ludzi czy też w namiocie w przysłowiowych krzakach. Teoretycznie, bo interpretacja ww. przepisu dla osób, poruszających się rowerem brzmi już bardziej ulgowo – z uwagi na fakt, ze nie wszędzie jednak takie hotele są, można meldować się (czyli spać w hostelu/hotel) co trzecią noc. Jednakże wygląda na to, ze jest to jedynie prawo szeptane nie pisane, zatem ostateczna interpretacja zależy od osoby siedzącej w recepcji.

Miejsca, gdzie na pewno należy każdą noc bez wyjątku rejestrować się w hotelu jest dolina Fergańska oraz stolica kraju – Taszkient oraz region taszkiencki. Dolina fergańska to miejsce pod szczególnym nadzorem policji i kilkakrotnie przejeżdżając przez check – pointy spisywano moje dane z paszportu.

Po spędzonej nocy hotel wystawi nam kwitek zwany rejestracją właśnie. Słyszałam, że nie każdy robi to automatycznie, w moim przypadku robił – ale zawsze można o niego poprosić. Pilnujcie go jak oka w głowie, bez tego może być różnie.

Czym grozi nie posiadanie meldunku lub przerwanie ich ciągłości (ponad 3 noce spędzone poza hotelami)?

Po pierwsze, nie przyjęciem do następnego hotelu.. Najczęściej w hotelu zostaniecie poproszeni o kwitek z ostatniego miejsca noclegowego. Gdy go nie macie, lub gdy nie macie ciągłości noclegów, bądź też przerwa w noclegach jest większa niż 3 noce jest niemal 100% gwarancji, ze hotel/hostel odmówi przyjęcia.

Po drugie, przy wyjeździe pogranicznicy mogą sprawdzić wasze rejestracje hotelowe. Gdy nie macie odpowiednich, grozi wam kara 1000 USD oraz ta sama kara grozi podmiotowi, który wystawiał Wam zaproszenie. Gdy hotel przyjmie was pomimo powiedzmy  4 dni przerwy ciągłości noclegów, jemu tez grozi kara 1000 USD i cofnięcie licencji. Dlatego hostel w Taszkiencie tak bardzo przejął się moim dość lekkomyślnym przyznam pobycie „u przyjaciół” w dolinie fergańskiej i wystawił mi fałszywy kwit – bo to oni załatwiali mi zaproszenie. Rejestracje mogą tez sprawdzić policjanci w każdym momencie na czeck pointach. Mi dodatkowo sprawdzano po wypadku.

No dobrze, powiecie – co z tego, ja/mój kolega/dziesiątki innych podróżników przejechało przez Uzbekistan i miało to gdzieś – spało w hotelu może 2-3 razy! I nikt od nich nic nie chciał ani w hotelach ani na granicy!

No właśnie. Ja tez to słyszałam i wciąż słyszę tą informację. W moim przypadku było jednak inaczej, w waszym tez może być różnie, bo wygląda na to, że to loteria. Chyba najlepiej będzie całość pobyt w Uzbekistanie i historie opiszę dzień po dniu.. (może będzie nudno, ale może komuś pomoże w zrozumieniu tematu i procesu myślowego)

Październik 2017

Trasa: Granica w Osh – Andijan – Fergana (rower) – Taszkient (pociąg) – Samarkanda (rower) – Urgencz – Chiwa – Buchara – Samarkanda (pociąg, taksówka) – Taszkient (rower)- wyjazd do Kazachstanu przejściem Taszkient – Szymkient

Data            Miejsce noclegu                      Jak/Historia

1.10  przekroczenie granicy          Andijan          hotel (90 000 SUM – 12 USD)

2.10      Fergana         Przy kościele katolickim

3.10     Fergana       Przy kościele katolickim (załamanie pogody, nie bardzo mam jak jechać)

4.10      Fergana           Dom prywatny (wciąż leje, ale wynoszę się z terenu parafii)

5.10      Taszkient           Hostel Topchan. (10 USD). To oni załatwiali mi zaproszenie do Uzbekistanu, więc ponoszą też niejako odpowiedzialność. Gdy dzwonię do nich z Fergany z pytaniem czy nie będzie kłopotu z meldunkiem po 3 nocach przerwy, każą mi natychmiast przyjeżdżać z Fergany do Taszkientu. Wystawiają mi kwit na brakujące noce, oczekując zapłaty za wszystkie noclegi, kiedy mnie nie było. Ostatecznie płacę za połowę, czyli dwa.

6.10       Taszkient            Hostel Star (przenoszę się, bo mi się bo Topchan hostel jest głośny i zatłoczony) 9 USD. Sprawdzają poprzednie rejestracje

7.10       Taszkient            Hostel Star – wracam tam po wypadku, j.w.

8.10       Angren                 Dom prywatny. Podczas wyjazd z Taszkientu mam wypadek. Nocuję w domu prywatnym u sprawcy wypadku. Przypominam sobie ze w Taszkiencie mogą mnie nie przyjąć, dzwonię w 2-3 miejsca  – bez kwitu za ostatnią noc żaden mnie nie przyjmie. Jedziemy zatem do hotelu w Angrenie, gdzie kupujemy rejestracje hotelową za cenę normalnej doby w hotelu (100 000 SUM – ok 13 USD). Sprawdzają najpierw poprzednie rejestracje

9.10       Taszkient            Kościoł katolicki w Taszkiencie – ostatecznie nocuję tam dzięki propozycji pomocy i gościnie braci mogę odsapnąć po przejściach związanych z wypadkiem i zalatwiac sprawy związane z naprawą roweru.

10.10     Taszkient            Kościol katolicki w Taszkiencie

11.10     Taszkient            Kościol katolicki w Taszkiencie

12.10     Syr-Daria           Namiot. Wyjeżdzając z Taszkientu wiem, ze mam już 3 noce przerwy, więc postanawiam spróbować kupić rejestrację za ostatnią noc. Jeden hostel odmawia, drugi proponuje cenę stanowiącą dwukrotność normalnej ceny noclegu, trzeci pomaga, ale rejestracja jest nie na ostatnią, a na bieżącą noc. Czyli teoretycznie nie muszę się martwić przez następne dwa dni. Problem w tym, ze wzdłuż ciągnących się przydrożnych, poprzecinanych kanałami nie kończących się pól bawełny zupełnie nie mogę  znaleźć miejsca na namiot. W przydrożnym hoteliku recepcjonistka odmawia przyjęcia mnie, bo nie mam ciągłości czyli kwitów za każdy dzień pobyt w Uzbekistanie. Patrzy na mnie przeszywającym  wzrokiem z pytaniem „a gdzie była pani pomiędzy 9 a 11 pażdziernika..?   Co więcej, bardzo jej się nie podoba, ze mam już rejestracje na bieżącą noc (sgeruję pomyłkę hostelu) i nie reaguje na sugestie, ze może bym gdzieś tak z boku przycupnęła, jakaś mata na podłodze, bo w końcu nie musi mi dawać żadnej rejestracji bo na dziś już mam.. wręcz mam obawy, że zadzwoni na policję i wpędzi w kłopoty nie tylko mnie, ale hostel, który mi poszedł na rękę, ale ostatecznie udaje mi się zmyć. Na szczęście za hotelem znajduję drogę i jakieś pole, gdzie rozbijam namiot

13.10     Gdzieś po drodze            Namiot

14.10     Jizzax    Hotel. Po negocjacji cena spada do 120 000 SUM (ok. 16 USD). Nie pytają o rejestracje!

15.10     Gdzies po drodze            Namiot

16.10     Samarkanda      Przy kościele katolickim

17.10     Samarkanda      Hostel 9 USD. Pomimo miejsca na plebanii idę na noc do hostelu, bo mam już dwie nie zarejestrowane noce. Sprawdzają poprzednie rejestracje

18.10     pociag   Nocny pociąg relacji Samarkanda – Urgencz. Należy odebrać od konduktora swój bilet i trzymać, liczy się jako nocleg

19.10     Chiwa                   Hostel 10 USD – tu tez nie pytają o rejestrację

20.10     Urgencz               Dom prywatny

21.10     Buchara               Dom prywatny

22.10   Buchara         Dom prywatny (wcześniej dzwonie do hostelu w Samarkandzie, czy mnie przyjmie, gdy będę miała 3 nie dwie noce przerwy w rejestracjach. Zgadza się mówiąc, ze to ostatnia szansa, z przerwą ponad 3 noce na pewno nie da rady

23.10     Samarkanda      Hostel (idę do hostelu, choć mogę nocować na plebanii, ale potrzebna jest mi rejestracja). Chcą zobaczyć ostatnie rejestracje. Rano pojawia się rowerzystka z Hiszpanii, która jedzie od 5 dni od granicy nieświadoma problemu – mój hostel i kilka innych jej nie przyjmują

24.10     Po drodze           Dom prywatny u rodziny tadżyckiej

25.10     Jizzax           Dom prywatny. Pomimo faktu, ze to duże miasto trwają własnie jakieś uroczystości i  wszystkie miejsca w bodajże 6 hotelach są zajęte. Jeden z hoteli ma miejsca, ale nie ma licencji na przyjmowanie obcokrajowców. Recepcjonistka innego bardzo się przejmuje tematem i obdzwania wszystkie w okolicy, po czym nie znajdując dla mnie pokoju.. dzwoni do swojej siostry i lokuje mnie tam na noc

26.10     Yangiyer        Hotel (bez rejestracji). Po ponad 100 km drogi w ciemnościach i kontroli pograniczników podczas szukania po miejsca na namiot (bo to teren przy granicy z Tadzykistaniem) dojeżdzam do miasta, gdzie hotel jest, ale nie ma licencji. Jestem padnieta i proszę o kawałek podłogi. Przychodzi właścicielka i zaprasza mnie do hotelu nie chcąc zań żadnych pieniędzy. Kwitu jednak też nie będę miała.

27.10     Pskent        Namiot, choć szukam nie ma absolutnie żadnego hotelu w okolicy kilkadziesiąt km przed Taszkientem

28.10     Taszkient        Kosciol katolicki. Dzwonię kontrolnie do 3 hosteli z pytaniem, czy mnie przyjmą z przerwą 4 dni w ciągłościach w rejestracji, ale nie ma mowy. Jeden z nich sugeruje, żebym jeszcze dziś jechała i przekroczyła granice dla własnego dobra. Ale jest już ciemno i ponownie pukam z prośba do braci Franciszkanow przy taszkienckiej katadrze.

29.10     Wyjazd z Uzbekistanu   Granica uzbecko-kazachska pomiędzy Taszkientem a Szymkentem. Dziki tłum, żadnego osobnego przejścia da roweru. Sodoma i gomora.

Pogranicznik prosi o moje rejestracje. Zrezygnowana podaję swój plik. Urzędnik układa je powoli i dokładnie jeden za drugim według dat, łącznie z biletem kolejowym. Prosi o resztę za ostanie dni. Pot mi płynie z czoła, nie mam. Konsultuje ten fakt z kolega w drugim boksie i .. przybija pieczątkę wyjazdową. Udało się, ale wizja zapłacenia kary była blisko – albo mi się to tylko wydawało.

Reasumując – obowiązku meldunkowego w Uzbekistanie proponowałabym jednak nie lekceważyć, choć wiele zależy od szczęścia i przypadku. Nie słyszałam o tym, aby ktoś zapłacił karę za niestosowanie się do wymogu, ale już przypadek deportacji został niedawno opisany na forum Caravanistanu, gdzie proponuję zasięgać najnowszych informacji w temacie.

Możliwe też i taką mam nadzieję, że nowy prezydent Uzbekistanu zniesie niedługo także ten absurdalny wymóg z czasów ZSRR.

A wy jakie macie doświadczenia w temacie?

Read Full Article
  • Show original
  • .
  • Share
  • .
  • Favorite
  • .
  • Email
  • .
  • Add Tags 


Świszczący dźwięk zaciąganego hamulca szybko i skutecznie wybudza mnie z pedałującego rytmu. Nie ma czasu spojrzeć w lusterko, myśleć czy uciekać w prawo czy tez w lewo też nie – kurczę się cała w sobie i czekam długą sekundę na to, co się wydarzy. Uderzy we mnie ten samochód czy może jednak ominie?
Nie dał rady ominąć. Uderza z tyłu, lecę przez kierownicę, w samozachowawczym odruchu jeszcze kulę w kłębek i łapię za głowę, żeby ją chronić.. (co by rzecz jasna raczej nic nie dało).
Dziewoczka, ty kak? Do szpitala trzeba jechać! Z feralnego samochodu wybiega dwóch mężczyzn. Leże na asfalcie, macam głowę, cała, reszta też raczej.. chyba wszystko ok za mną, wyhamował.. nie nie chcę póki co szpitala, nigdzie nie chcę jechać bo kto się tymi rzeczami zajmie, policja, potrzebna policja – dzwońcie!


Szpital! Policja, teraz, już! I karetkę wezwać, niech ktoś przyjedzie to jakoś udokumentuje.. to wypadek jest przecież. Rower leży, koło tylne skasowane, sakwy porozrzucane.. Szpital! Policja!
Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, ale nikt policji wzywać nie chce. Co tu się dzieje?
Siedzę na tym asfalcie, słońce świeci w twarz, a koło mnie kuca młody, niewysoki człowiek. Kierowca.
Proszę, dziewoczka, nie wzywajmy policji. Ja wszystko pokryję, wszystkie szkody, rower naprawię, tylko bez policji.. Ja dobry człowiek jestem.
Ale trzeba wezwać policję przecież.
W głowie mam jakies skrawki informacji, ze ubezpieczenie, ze procedury, papiery, stempelki potrzebne…
I wtedy widzę łzy. Jego łzy. Ten człowiek płacze. Jak mężczyzna płacze, to.. no coś bardzo jest na rzeczy.
Już wezwali – mówi. Do więzienia mnie wsadzą, kare nałożą, prawo jazdy zabiorą.. ociera łzy i jest bardzo smutny.
Czekamy. Nie wiem co robić, trochę ze mnie para schodzi. Asfalt wcale nie parzy, siedzę dalej i nie mam pomysłu.. kogo zawiadomić? Przesiedziałam w Ferganie i Taszkiencie kilka dni bo deszcz i zimno, i aż przebierałam nogami żeby w końcu ruszyć.. dziś w sam raz piękne słońce wyszło, byłam już 20 km za Taszkientem, plany snułam gdzie i jak pojechać.. a teraz.. o kant wiadomo czego rozbić teraz te plany. Na szczęście nic mi nie jest, dzięki Ci Panie Boże, ale ..
Telefon. Mam telefon do Rity przecież. Ale wyjeżdżając z Taszkientu nie naładowałam karty telefonicznej, miałam to zrobić w najbliższej miejscowości.. eh, ani netu, ani dzwonienia. .jak nie urok to..
Czy mogę zadzwonić z pana telefonu?
Dzwonię. Rita z Fergany na południu Uzbekistanu, poznana jeszcze w Kirgistanie, z która się widziałam niedawno.. Rita.. co ja mogę zrobić, co się tu robi w takich przypadkach? No teraz to już i mi łzy zaczynają lecieć.
Rita pociesza, ale nie bardzo może pomoc. Dzwoń do ojca Piotra, Ewa.
Dobrze, ojciec Piotr z Samarkandy, Franciszkanin od 20 lat posługujący w Uzbiekistanie, dusza człowiek..
A, Ewa, dzień dobry! Słyszę w słuchawce. To co, kiedy będziesz w Samarkandzie?
Tak, jestem w Uzbekistanie, tylko proszę ojca jest taki problem.. .. co ja mam robić?
Nic ci nie jest? To najważniejsze. Telefon do konsula, do ambasady masz? Nie? Ja do niego zaraz zadzwonię.
Dzwoni konsul. Tak, przyjedzie jak najszybciej się da.
Czekamy.
Jak mu się to udało? Myślę. Duża, szeroka trasa wyjazdowa z miasta, ale już 20 km dalej, ruch nie za duży, w momencie uderzenia nie jechał żaden inny samochód. Żaden. Tyko ta osobówka, którą widziałam nadjeżdżającą w oddali z bocznej podporządkowanej pod katem 30%, ale była tak daleko, ze zdecydowałam się przejechać. Zwyczajnie jechałam przylepiona do pasa po prawej, więc jak on to zrobił? Nie widział chyba w ogóle, uderzył z tyłu.

Droga pod Taszkientem – miejsce zdarzenia
Samochód z ambasady jest wypełniony po brzegi. Trzy osoby. Kierowca, konsul i pracownica ambasady. Dziś sobota, ale akurat byli w pracy i waśnie mieli jechać do domu, a tu telefon ode mnie, przyjechali wszyscy. No niefart.
Jest też policja. Nic nie mówi po rosyjsku pan władza z drogówki, taki zonk. Tylko uzbecki.
Jakieś ustalenia, kto winny? Tak, kierowca przyznaje, ze jest sprawcą wypadku w 100%. Chociaż tyle.
Rower i uszkodzoną sakwę (wyrwany hak) trzeba oddać w depozyt, samochód sprawcy tez. Jest sobota. Sprawa cywilna odbędzie się we środę. Jeśli przyznam, że nie mam żadnych „pretensji” jak to tu nazywają to kierowcy przyłożą karę, ale nie będzie miał sprawy karnej i zostawia mu prawo jazdy.
Rozmawiamy o uzbeckiej rzeczywistości. Wezwanie policji to najgorsza gorszość, dlatego tak długo z tym zwlekali. Niemal nigdy się tego nie robi. Stopień skorumpowania jest niebywały, a policja w tym przoduje. Widzę drogówkę rozstawioną co kilometr niemal, zatrzymują samochody, zawsze się czegoś doczepią.. Pan wladza ma władzę. Będą człowieka gnoić do upadłego. Karę przywalą potężną – na papierze niewiele, dla państwa spadnie nędzny ochłapek, reszta do kieszeni idzie. Wszystkich trzeba opłacić po kolei, każdy kto może łapę wyciągnie. Dlatego Uzbekistanie sprawca i poszkodowany najczęściej dogadują się i załatwiają sprawę w swoim zakresie – tak jest łatwiej dla każdego.
Opieka medyczna.. za wszystko trzeba zapłacić. Karetki? Bywają, ale w większych miastach, generalnie nie ma co nie nie liczyć, chorego przywozi się do szpitala samemu. Lekarze dobrzy, wyksztalceni, tylko nie maja czym leczyć. „Dużo miała pani szczęścia Pani Ewo” słyszę ponownie.
Do środy trzeba naprawić rower. Gdzie, jak..? Rower zabrali, nie wiem, czy tylko koło poszło czy cos jeszcze… przerzutka itd. Model Koga World Traveller, obręcz koła pancerna, rozmiar 28 na 40 szprych, nie do dostania jak się okazuje, do tej pory, ok. 40 000 km i ani razu nawet nie wymagała centrowania.


Ale jeszcze szpital, musimy jechać do szpitala na oględziny. I to nie szpital w Taszkiencie tylko inny, lokalny, bo to już poza miastem było i rejonizacja obowiązuje.
Szpital.. no tak. No ok, widziałam gorsze. Jedziemy, czekamy. Lekarz operuje. Dziś sobota, dużo wypadków. Jakaś kobieta wpada z dzieckiem na ręku, dziecko się nie rusza. Podjeżdża z piskiem opon samochód, ktoś krzyczy, pomoc, wyciągają człowieka z tylnego siedzenia, pod ręce, na nosze, nieprzytomny.. Inny samochód, człowiek wysiada. ręka zgięta uniesiona.. dłoń, gdzie jest dłoń?
O matko. Co ja tu robię, mi nic nie jest. Ale trzeba, policja nakazuje. Przyjeżdza inny władza. Protokół spisujemy w ambulatorium.
Jakie mam wykształcenie? Czy mam rodzinę? Ile czasu jestem w Uzbekistanie? Gdzie mieszkałam do tej pory w Uzbekistanie? A meldunki hotelowe, poproszę. (Temat registracji meldunkowych jeszcze opiszę). Paszport otwierany po raz 20-ty. Ja się pytam jak się ma moje wyksztalcenie do okoliczności wypadku? Zamiast sprawca wypadku to ja jestem poddana skrupulatnemu przesłuchaniu.
Jest i lekarz, prześwietlenie.. czaszka w porządku, małe zaświadczenie, można jechać.
Powrót do hostelu, spać. Trudno spać. Da się naprawić bicykla? Gdzie, co za ile? Czy coś tu można kupić? Sprowadzać z Europy? Jestem totalną noga w sprawach technicznych, ale na szczęście forumowicze z fejsbuka i nie tylko pomagają. Dziękuje wszystkim.
Ze sprawcą wypadku jestem w kontakcie. Mieszka w Angren, to jakieś 100 km od Taszkentu. Wie o rowerach tyle co nic i choć się stara, to wychodzi jeszcze gorzej. Nazajutrz przyjeżdża z przyjacielem, jedziemy na bazar, tu wszystko się kupuje na bazarze.. najwyraźniej nie wszystko, obręczy dobrej nie ma. Sklepy rowerowe namierzam, ale czynne będą jutro. W Angren znaleźli jakiegoś mechanika rowerowego, co to sprowadza rowery z Niemiec. Ma podobno pasującą obręcz, jedziemy? Nie wiem po co się dałam namówić na jazdę do Angren. Mechanik był niezwykle miły, ale miał jedynie stare, zużyte rowery. Może i dobrej jakości bo niemieckie, ale podrdzewiałe, ze lat ze 30 im było.. bez sensu, albo ja wybredna jestem. Do tego nocować musze w Angren właśnie, przyjmję zaproszenie od sprawcy wypadku. Małe mieszkanko w bloku, żona malutka cichutka, przerażona, kolacją częstuje.. dziecko na oko 6 letnie do szkoły waśnie poszło.. zerka jedynie. Drugie małe zostało u dziadków, żeby nie przeszkadzać. Dostaję do dyspozycji pokoj malzonków. No, nie przelewa się w tym domu. Dziwne to uczucie spać u sprawcy wypadku, w jego łóżku zreszta. Z tego wszystkiego zapominam, ze nie mogę wrocic i zameldować się w Taszkiencie bez rejestracji hotelowej za poprzedni dzień (b hotel nie przyjmie) – wyjeżdzajac rano jedziemy zatem do hotelu w Angren, gdzie sprawca płaci za kwitek hotelowy normalną cenę jak za pokój. Mogłam tam spać po prostu, bez sensu.
Wracamy do Taszkientu. Dzięki informatorom z Fejsbuka namierzam Aleksieja, złotą rowerową rączkę. Pracuje w sklepie w największym rowerowym DI Sport w stolicy Uzbekistanu, jedziemy tam z wybłaganym z policyjnego depozytu uszkodzonym kołem. Aleksiej do rozmownych nie należy, ale nie o to chodzi, chyba zna się na rzeczy. Stwierdza, ze powinno wystarczyć wymienienie obręczy, reszta – piasta, szprychy wygląda w porządku. Jaka obręcz? Jasne, ze nie ma nic na 40 szprych. Na 36 tez nie, bierzemy Authora crossa na 32 – jedyna możliwość. Zobaczymy czy się toczyć będzie.. jak nie to zamówię nowe u przedstawiciela Kogi, ale najważniejsze, żeby móc się turlać dalej..


Mamy przyjechać jutro. Jutro, czyli wtorek. Ostatni dzień na załatwienie sprawy przed wizytą na policji.
Wtorek. Koło zrobione, ale zeby dokończyć naprawę, trzeba mieć przecież rower. Dopasować koło. A rower jest gdzieś tam zdeponowany 20 km od Taszkientu.
„Mój” kierowca czyli Dilshod jeździ codziennie z Angren, 100 km w jedną stronę. Ma zadzwonić jak będzie, pojedziemy do mechanika razem.
17ta, zaczynam się denerwować, bo nie mam od niego żadnej informacji. W końcu dzwoni. Ewa, wybłagałem rower z depozytu, ale nie mogę znalexc samochodu, który go zabierze! Słyszę zrozpaczony głos. Twój rower jest duzy, nie miesci sie (mowilam mu przeciez). A mechanik Aleksiej powiedział ze trzeba przyjechać do 17.30. ..
Dilshod, ale co ja Ci pomoge?! – ja, obcokrajowiec, w dodatku nie będąc na miejscu? To ostatnie godziny na naprawdę roweru, jutro rano sprawa na policji. Jak nie będzie zrobione to źle się da Ciebie skończy. Rób co możesz, zapłać komu trzeba, dzwoń do Aleksieja i błagaj go, żeby poczekał i zrobił rower później.. Dilshod to dobry chłopina, ale chyba go wszystko przerosło, trzeba było nim potrząchnąć porządnie. No i proszę – znalazł się samochód, Aleksiej tez dał się przekonać. Garażowe naprawy wieczorową porą, a ok. 20tej robię jazdę próbną.

Read Full Article
  • Show original
  • .
  • Share
  • .
  • Favorite
  • .
  • Email
  • .
  • Add Tags 

Wyjazd z Urumqi to tyleż radości co niepewności. Oddaję klucze koledze, który przeprowadza się do mojego mieszkania z rodzina, jeszcze pierożki w moim ulubionym osiedlowym sklepiku, jeszcze to, jeszcze tamto.. po czym lawiruję między samochodami a myśli bombardują głowę – jak mi będzie w drodze po tych 8 miesiącach, co ja mówię, po 10 w zasadzie.. no i czy ja w ogóle jeszcze tak umiem? Co z noclegami, co z policją,  tymi wszystkimi check-pointami.. no i jak to wszystko się ułoży? Droga wspina się i długo trwa, nim zostawiam za sobą miasto. Ciągnie się przez okoliczne wioski, by zmienić się w kamienisty szutr, po którym prychając z wysiłku jadą wypchane jakimś gruzem ciężarówki. One przejadą, ja zostaję w tumanie oblepiającego kurzu i pyłu, po kilku godzinach można zapomnieć, że kiedyś byłam czysta. Dookoła suche pokryte skąpą roślinnością wzgórza, czasem jakieś osady przy czymś w rodzaju kopalni odkrywkowych. I surprise, surprise- miejsce oznaczające środek kontynentu azjatyckiego! Tak jest właśnie tutaj, ciekawe czy powstało na użytek chiskich tuyrstow, czy jest ich więcej?

Przed zachodem słońca niejako na osłodę zjazd malowniczym kanionem, jakich nie brak w okolicy. Udaje mi się znaleźć zaułek za skałami i rozstawić namiot. Nic się nie zmieniło, ze znajdowania kryjówek na noc mam na szczęście celujący. Ciszę zakłóca jednak dochodzący z oddali pomruk… uh! Może jednak mi się wydaje? Oh nie, te błyski na horyzoncie.. Burza! Cóż, trzeba mieć farta, to pierwszy deszcz od wielu tygodni a ja jak zwykle  takiej sytuacji dygocę w namiocie ze strachu. Tak, grzmoty i błyskawice – to oblicze natury, przed którym mam respekt, który sprawia, ze serce wali jak oszalałe, bo w końcu czymże ja jestem w tym nędznym namiociku?  Po kilku godzinach wszystko ucicha a ranek ponownie raczy mnie promieniami słońca. Droga jednak wciąż się pogarsza a napotkany chiński wędrownik rowerowy na migi potwierdza – tam jest okropnie, nic tam nie ma, nie jedź tam! Jest tak umorusany i wymęczony, ze nawet nie musi mi dużo tłumaczyć. Zmieniam plan – nie wjadę tędy w góry Tianshan, to wspaniale pasmo kilkutysięczników, które od miesięcy podziwiałam z okien pracy, gdyż część terenu okazuje się być zamknięta (obszar wojskowy) o czym na szczęście dowiaduję się korespondując z kolegą. Na szczęście dowiaduję się o tym zanim zacznę tudzież nawet pokonam przelęcz powyżej 4000 m. (czyli nie szybciej niż po kilku dniach). Postanawiam zatem pojechać jakieś 250 km drogą główną i odbić w góry później drogą 217, która uchodzi za jedną z najbardziej malowniczych na świecie.

Wcale na szczęście nie muszę sunąć autostradą.. są takie bezimienne, bez śladu cienia, krzaczków na siusiu, przydrożnych stoisk – udaje mi się znaleźć drogi poboczne, jadę i widzę zupełnie inny Xinjiang. Co ja mówię – po 8 miesiącach w mieście widzę Xinjiang w ogóle! Mijam zadbane miasteczka z szerokimi ulicami i alejami dla rowerów, starszych i młodszych, którzy z nich korzystają, skwery pełne kwiatów, nowe domy, place zabaw dla dzieci..  miejsca, gdzie parki nie są ogrodzone i brak wszechwładnych, działających na nerwy dwóch jednakowych propagandowych piosenek puszczanych w Urumqi (nakaz rządowy) w każdym publicznym miejscu, ciurkiem na okrągło..  i myślę sobie, że w takim miejscu chciałabym mieszkać i pracować! Czyli nawet w Xinjiang może być tam inaczej. To część równinna, po obu stornach pola uprawne, uginające się pod ciężarem gron winnice, sady pełne jabłek i brzoskwiń, pola melonów i arbuzów, niespotykanych rozmiarów i kształtów – od malutkich po olbrzymy, które uchodzą za jedne z najsłodszych na świecie – absolutnie się z tym zgadzam.  Ujgurzy uwielbiają arbuzy i jedzą je przez cały rok – doprawdy nie wiem jak się je przetrzymuje, ale nawet zimą na ulicy można było dostać pokrojone na cząstki owoce.

W Shihezi, sporej miejscowości leżącej u podnóża gór chcę wynająć pokój – umyć się porządnie, oprać, odpocząć od upału przed dalszą wymagającą drogą.  A zatem przystępujemy do akcji – hotel! Na mapie mam ich sporo, ale jak się okazuje, w mieście są jedynie trzy uprawnione od przyjmowania obcokrajowców i na sam ich widok ręka trzyma się portfela – toć to istne Marriotty, kogo na to stać! Może dlatego, że to sierpniowa sobota a teren uchodzi za bazę wypadową w góry – wszystkie hotele są w pełni zarezerwowane. Obsługa recepcji ostatniego z nich chce mi pomóc fakt jest po 22.00 – a może by tak zadzwonić na policję, bo co tu Pani zrobi? Na policję? Proszę bardzo – myślę sobie, niech się policja w obliczu tych durnych przepisów wykaże. I wykazuje się. Nie wiem, po co przyjechały aż trzy samochody, ale ta błyskająca niebieskimi lampeczkami kolumna przecinając miasto odeskortowała mnie do lokalnego hotelu, który za cenę dla Chinczyków (ok 15 USD) na ich życzenie mnie musiał przyjąć. Taka powtórka z Birmy.. zostałam na dwie noce.

Tianshan na horyzoncie.. kilka dni zajmuje mi wepchanie (bo wjazdem tego nie nazwę) na przełęcz 3500 m npm. Choć należy mi się medal za #notforspeed, czyli zrobienie tego w najdłuższym możliwym czasie, to i tak jestem z siebie dumna! Miejscowości ani żadnego sklepu nie ma przez ponad 100 km (czyli 3 rowerowe dni) – jak zaopatrzyć się w wodę? Oto nowy pomysł. Drogą jedzie całkiem sporo samochodów, z których wystają głowy rządnych robić foty Chińczyków. Gdy takowy zatrzyma się i chce robić zdjęcie zabłąkanej na rowerze blondynce proponuję wymianę – fotka za butelkę wody, co wy na to? Alez oczywiście, nawet dwie!

Przez ok. 80 km jadę wzdłuż urokliwego, coraz głębszego kanionu..  Niebo ma kolor błękitu, jak tylko w Azji Centralnej bywa – żadnej chmurki na niebie, kocham ten region za to wszechpanujące słońce! Gdy któregoś ranka siedzę w postawionym na brzegu kanionu namiocie i przyrządzam śniadanie całym czuję, jakby stał on na zwodzonym moście, po którym przejeżdża ciężarówka. Zastanawiam się, czy to mi się może zakręciło w głowie .. ? Po chwili wszystko jest już spokojne, ale  nad wodą w rzecznym kanionie wysoko unosi się kłąb pary, woda w rzece wzburzona. Trzęsienie ziemi o sile 6.6 w skali Richtera tego ranka nawiedziło prowincję i dołączyło od grona kilku bardziej poważnych trzęsień ziemi, jakie nawiedziły Chiny tego lata. Na szczęście obyło się bez ofiar w ludziach. Moje pierwsze w życiu, do tego ze skałami nad głową.

Często wieczorem wiatr wzmaga się i ledwo można jechać. Akurat wtedy, kiedy czas iść spać.. miejsca pod namiot mnóstwo, ale ten szalejący wicher.. dwukrotnie postanawiam skorzystać z noclegu w przydrożnych jurtach (góry Tianshan to już Kazachski Region Autonomiczny – żyją tam głownie Kazachowie). W górach nikt nie pyta się o to, skąd jestem i nie wyciąga ręki po paszport. Tak jak podczas kręcenia po południowych Chinach w 2014 roku, czy też w większości krajów dajesz pieniądze do ręki i to wszystko, czego chce od Ciebie właściciel noclegowni. Kwota? Płaciłam od 3,5 do 7 dolarów. Przydrożne noclegownie są tanie i mają jedną wspólną cechę – łóżko i brak jakiegokolwiek miejsca od umycia się. Oczywiście, że z butelką wody, czy nawet termosem gorącej wody na herbatę jaki czasem dostaje się tu w gratisie do pokoju jestem w stanie sobie sama doskonale poradzić, jednakowoż gdzieś z tyłu głowy pojawia się pytanie czy taka potrzeba, to znaczy potrzeba umycia się tutaj nie występuje..? Tzw. wychodek czyli dziura w ziemi roztacza wokół tak intensywny smród, że końmi mnie tam nie zaciągnie.

Chińczycy także zdają się nie rozumieć meldunkowych absurdów w prowincji Xiniiang – gdy po kilku dniach spania pod chmurką ponownie chcę wynająć pokój w hotelu okazuje się, że jedyny w tej miejscowości noclegowy przybytek nie może przyjmować obcokrajowców, co wyjaśnia mi łamanym angielskim tamtejsza recepcjonistka. Chciał-nie chciał wychodzę i myślę ile to czasu zajmie mi znalezienie..

Read Full Article
  • Show original
  • .
  • Share
  • .
  • Favorite
  • .
  • Email
  • .
  • Add Tags 

Separate tags by commas
To access this feature, please upgrade your account.
Start your free month
Free Preview